poniedziałek, 30 grudnia 2013

Hobbit: Pustkowie Smauga | 2013

[Hobbit: The Desolation of Smaug]
reżyseria: Peter Jackson




Ponad rok po premierze pierwszej z trzech części adaptacji filmowej Hobbita przyszedł wreszcie czas na kolejną premierę, tym razem Pustkowia Smauga. W towarzystwie jednej osoby, a nie całej zgrai gimnazjalistów jak rok temu, niczym kompania krasnoludów wyruszyłam na podbój kina. A miejsca miałam świetne – ostatni rząd, idealny widok na cały ekran. Widownia zachowywała się prawie wzorowo, poza migającymi trochę wyświetlaczami telefonów nie przeszkadzali w nasycaniu się pięknem Hobbita. Tym razem już po przeczytaniu książki, z czystym sumieniem rozpoczęłam oglądanie filmu.

piątek, 27 grudnia 2013

Gorączka 2 | Dee Shulman


Są książki, na kontynuację których czeka się z wytęsknieniem. Do których premiery odlicza się dni, a potem stoi w kolejce w księgarni, by jak najszybciej zdobyć wyczekany, wreszcie własny egzemplarz. Takie książki, takie serie, uzyskały wielki sukces. Pamiętacie kolejki w dniu premiery ostatniej części Harry'ego Pottera? Trudno było wejść do takiego Empiku wypełnionego po brzegi młodszymi i starszymi fanami młodego czarodzieja. Teraz już tak nie ma. Pojawia się kolejny tom, dajmy na to, trylogii i... nic. Może kilka osób, którym szczególnie spodobała się książka, pójdzie i go kupi, ale nic poza tym. Tak właśnie jest z Gorączką 2 autorstwa Dee Shulman. Książka bardzo mnie się spodobała ponad rok temu, a teraz, kiedy jakiś czas temu drugi tom zawitał do księgarni, dopiero niedawno sobie o niej przypomniałam dzięki pewnemu konkursowi. W innym przypadku, jestem pewna, że nie kupiłabym jej.

czwartek, 26 grudnia 2013

Czas żniw | Samantha Shannon



Mamy rok 2059, a Ziemia jest miejscem, gdzie żadna nawet wzmianka o czymś niezwykłym, duchowym, paranormalnym nie ma prawa bytu. Paige Mahoney jest jasnowidzem; samo jej istnienie jest jej grzechem. By zdobyć jakąś namiastkę bezpieczeństwa, pracuje w podziemiu Sajonu Londyn, gdzie na zlecenia od jej szefa Jaxona Halla, również jasnowidza, włamuje się do umysłów i zdobywa cenne informacje.


wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych świąt!


Święta, święta i... jeszcze przed świętami. Chciałabym życzyć Wam wszystkim, i blogerom, i Czytelnikom, o ile tacy się tutaj znajdą, przede wszystkim czasu. O, gdyby tak dobę przedłużyć o dwie godzinki, to by był wspaniały prezent! Dużo książek, dużo zdrowia, dużo wszystkiego! Spełnienia najskrytszych marzeń, spotkania miłości swego życia (tudzież urealnienia fikcyjnego bohatera), dużo miłości od najbliższych, mnóstwa kotełków, o tak, kotełków nigdy za wiele. Oby w końcu odnalazł się Wasz list z Hogwartu, a szafa w końcu otworzyła portal do Narnii. :)
I (nie)pamiętnego Sylwestra. Wszyscy wiemy, że Sylwester, którego się nie pamięta, musiał być naprawdę wystrzałowy i szalony. Ja już się boję swojego. :)


Nie przepadam za wymyślnymi wierszykami świątecznymi, w których często życzy się tego samego: zdrowia, szczęścia, pomyślności, wiecie, o co mi chodzi. Przecież wszyscy dobrze wiemy, że chcemy jednego: książek. Ewentualnie pieniędzy na książki. Dlatego na wigilii klasowej życzyłam wszystkim hajsu. Za hajs można kupić książki, a to jest już pełnia szczęścia. :)

sobota, 21 grudnia 2013

World War Z | 2013

[World War Z]
reżyseria: Marc Forster


Nadchodzi czas zombie. W literaturze i kinie coraz częściej sięga się do tematyki nie tyle dystopii, apokalipsy czy katastrofalnych wizji przyszłości, co nieumarłych. Nastała, bądźmy szczerzy, swoista faza na rozkładające się, chodzące i żywe trupy. Sporo już powstało o nich filmów i seriali. The Walking Dead, jeden z nich, jest jednym z moich ulubionych seriali, a sami zombie naprawdę mnie ciekawią, więc kiedy natrafiłam na World War Z, wiedziałam, że to będą dwie godziny dobrego rozpruwania flaków, strzelanin i trzymającej w napięciu akcji. Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam. Pomyliłam się co prawda z tymi flakami, co zaraz wyjdzie w praniu, mimo to jednak World War Z to dwie godziny dobrej, niezobowiązujące i czasem strasznej rozrywki.

wtorek, 17 grudnia 2013

Nie bójmy się pokazać, co czytamy


Gust książkowy to taka rozległa, ogromna rzecz, które nie da opisać się jednym słowem, podobnie jak wszystkie inne gusty i guściki. Mój, jak sądzę, do zwykłych i małych nie należy i chyba rozpiszę się o nim dość długo, bo składa się na niego sporo książek ze wszystkich stron świata (no, nie przesadzajmy może aż tak...), a przynajmniej nie tylko ze Stanów Zjednoczonych, z różnych, czasem skrajnych gatunków. To kłopotliwe zwłaszcza w okresie przedświątecznym, kiedy przykładowo odbywają się klasowe Mikołajki. Oczywistym jest, że chcę książkę (ewentualnie coś innego, nie jestem wybredna, ale książka zawsze jest na pierwszym miejscu), tylko teraz pojawia się problem: jaką? Tytułu nie powiem, bo to niby jakaś niespodzianka ma być. No więc gatunek. Ale ulubiony gatunek trudno jest określić. Ja właściwie kręcę się koło fantastyki, ale kryminałem nie pogardzę... Ech, sami widzicie.

niedziela, 1 grudnia 2013

Kąpiąc lwa | Jonathan Carroll


Hańba mi, nigdy wcześniej dziwnym zbiegiem okoliczności nie miałam szansy zapoznać się z żadną książką Jonathana Carrolla. Ani z popularną Krainą Chichów, ani z żadną inną. Kąpiąc lwa jest więc moim pierwszym spotkaniem z tym pisarzem – spotkaniem, którego wyczekiwałam już od dawna i kiedy nadarzyła się okazja, skorzystałam z niej... Jednak nie do końca jestem z tego zadowolona. Mogło być lepiej. Znacznie lepiej.

czwartek, 28 listopada 2013

Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia | 2013

[The catching fire]
reżyseria: Frances Lawrence


Setki tysięcy fanów na całym świecie. Setki tysięcy sprzedanych książek. Igrzyska Śmierci, część pierwsza – dobra ekranizacja, mnóstwo sprzedanych biletów. Wszyscy czekali na premierę W pierścieniu ognia jak na szpilkach. Będzie dobrze? Czy zepsują film? A może wręcz przeciwnie, będzie jeszcze lepiej? Tyle pytań, a wszystkie odpowiedzi zawarte w dwu i półgodzinnym filmie.

sobota, 16 listopada 2013

Szukając Alaski | John Green



Alaska – stan USA w północno-zachodniej części Ameryki Północnej... Czy takiej właśnie tytułowej Alaski właśnie poszukuje Klucha, czyli Miles Halter? Absolutnie nie. Szukając Alaski to opowieść o młodych ludziach szukających własnego ja, własnego Wielkiego Być Może, które dla każdego z nich jest zupełnie inne. Na poszukiwania Klucha wyrusza w momencie, kiedy decyduje się o nauce w internacie w Alabamie, gdzie kiedyś uczęszczał jego ojciec. Dotychczas nieposiadającemu wielu przyjaciół – właściwie żadnych – chłopakowi nie udawało się nawiązać bliższych kontaktów z rówieśnikami, o dziewczynach nie wspominając. Internat to dla niego szansa. I faktycznie, wyjazd ten okazał się strzałem w dziesiątkę!

czwartek, 31 października 2013

Ao no Exorcist: Blue Exorcist | Kazue Katō

Demony – temat bliski memu sercu niezwykle. Od dawna szalenie interesuję się tym tematem i podczytuję sobie o różnorakich demonach, egzorcyzmach i tym podobnych rzeczach. Takie moje zboczenie, każdy jakieś posiada, nieprawdaż? Dodajmy do tego japoński komiks zwany mangą, wciąż niezbyt popularny u nas w Polsce, chociaż z dnia na dzień jest coraz lepiej i mamy pozycję z worka opatrzonego etykietką „must have”. Ao no Exorcist: Blue Exorcist, w dosłownych tłumaczeniu Błękitny Egzorcysta, zagościł na przełomie września i października na księgarnianych półkach (jak zwykle, tych najniższych), a ja musiałam go mieć, więc pędem do Matrasu poleciałam, porwałam egzemplarzyk z półki (ale nie niskiej, jak mają w zwyczaju księgarnie, manufakturowy Matras ma piękny duży regał na japońskie komiksy), zapłaciłam i czym prędzej zagłębiłam się w krótki wstęp do historii naszego niebieściutkiego egzorcysty.

niedziela, 27 października 2013

Iluzja | 2013

[Now you see me]
reżyseria: Louis Leterrier




Lubię iluzje. Mylą moje zmysły i często mnie denerwują tym, że źle coś postrzegałam, ale dają mi wielką rozrywkę. Magików i sztuczki, iluzjonistów i hipnotyzerów również lubię. Namiętnie oglądałam programy Davida Copperfielda, Crissa Angela czy innych magików/iluzjonistów; zresztą wciąż to robię. Zawsze podczas seansu takich programów rozrywkowych głowię się, jak oni to zrobili. Och, wielbię odkrywać tajemnice magii! Chociaż nie robię tego tak... spektakularnie jak jeden z bohaterów Iluzji, Thaddeus Bradley.

środa, 16 października 2013

Pocałunek Gwen Frost | Jennifer Estep


Moje nieliczne spotkania z Cyganami często kończyły się niezbyt miło i nie należały do najprzyjemniejszych. Bywały wyjątki, ale wyjątek jedynie potwierdza regułę. Muszę jednak przyznać, że suknie, które noszą: w mocnych, soczystych kolorach i z milionem zdobień, cieszą moje oczy. Uwielbiam oglądać takie cudeńka, zwłaszcza na żywo (czyli podczas spotkań będących wspomnianymi wyjątkami). Pocałunek Gwen Frost opowiada dalszą część historii naszej Cyganki (ale Cyganki tylko z nazwy, jak się okazuje), tytułowej Gwen Frost, uczennicy Akademii Mitu. Niestety, i to spotkanie, ku mojemu rozczarowaniu, nie zaliczało się do najlepszych.

środa, 9 października 2013

Gwiazd naszych wina | John Green

Ileż ja się naczytałam, jak genialną, wspaniałą, poruszającą, cudowną książką jest Gwiazd naszych wina. Ochy i achy wciąż nie przestają nadchodzić ze wszystkich stron, z wielu krajów, w których powieść ta została wydana. Co i rusz natykałam się na pozytywne, zwyczajnie zbyt wychwalające – w moim mniemaniu, jeszcze przed przeczytaniem – jej treść recenzje. Sama dużo wychwalam, lecz trudno mi uwierzyć, że zaledwie dwie recenzje, które czytałam, nie wychwalały jej. Tych drugich było zdecydowanie więcej. Jestem z natury osóbką niezwykle i irytująco ciekawską, a nowa szkoła daje nowe znajomości, czyli nowych znajomych, którzy mogą pożyczać mi książki. I natrafiłam na fankę Johna Greena, która ochoczo pożyczyła mi Gwiazd naszych winę – nie czekając długo, zaczęłam ją czytać, kiedy tylko znalazłam chwilkę czasu. I, nie będąc zbyt wychwalać tejże powieści, użyję pewnej wypowiedzi z książki – Gwiazd naszych wina jest okay.

niedziela, 29 września 2013

Pamiętniki półbogów | Rick Riordan

Kto zna Percy’ego Jacksona? Chyba większość osób czytających tę recenzję. A kto kojarzy Luke’a i Thalię, pochodzących z te samej serii książek? Wszyscy, którzy przeczytali chociażby pierwszy tom. Kto lubi Luke’a? Och, słyszę świerszcze, zero rąk w górze. Fakt, Luke nie jest bohaterem zbyt… pozytywnym. Jednakże naczelny skryba Obozu Herosów, Rick Riordan, rzuca całkiem nowe światło na jego postać, publikując fragment jego pamiętnika. Czy za jego zgodą czy nie – dobrze się stało, bobym chłopaka wciąż nienawidziła. Pamiętniki półbogów to zbiór różnych tekstów – od fragmentów pamiętników po opowiadania, a nawet zagadki dla dopiero poznających świat olimpijskich bogów herosów.



wtorek, 17 września 2013

Jutro 4. Przyjaciele mroku | John Marsden

Książki skierowane do młodzieży ostatnio stają się do siebie łudząco podobne. Mamy albo romans z paranormalnymi istotami, skierowany raczej do damskiej części publiczności, albo – czego jest zdecydowanie mniej, ku mojej rozpaczy – typową książkę przygodową dla i dziewczyn, i chłopców. I właściwie tych oryginalnych, o nietypowej tematyce pozycji, jest coraz mniej. Przeczytałam już tak dużą liczbę książek, że po prostu kolejne rozterki zakochanych nastolatek zwyczajnie zaczynają mnie nudzić. Schematyczność po prostu sprawia, że mam ochotę rzucić książką o ścianę i przydeptać ją jeszcze, ale z szacunku do nich powstrzymuję się. Niewiele osób pisze powieści o wojnie, a tym bardziej o wojnie, której historia skierowana jest właśnie nie do dorosłych czytelników, a do młodzieży. John Marsden obrał temat dosyć ciężki w moim mniemaniu do opisania, lecz dał sobie radę – i tak powstała bestsellerowa seria Jutro, opowiadająca historię kilku dzieciaków, które nagle znalazły się w samym centrum wojny.

niedziela, 1 września 2013

Niewolnica | A.M. Chaudiére

Musisz wykonywać rozkazy. Każdy jeden. Nawet ten okrutny. Powinnaś dziękować swemu panu za to, że teraz twoje życie ma cel: służyć mu. Nienawidzisz go całym sercem za te wszystkie okrucieństwa, których się dopuścił. Jednak czy... czy mogłabyś go pokochać? Swojego ciemiężyciela? I to w dodatku z wzajemnością? To nie mogłoby skończyć się szczęśliwie w świecie Aszarte, gdzie pan ma być panem, a służący – niewolnikiem.
A jeśli wydostałabyś się z niewoli – czy ponownie nauczyłabyś się żyć? Uśmiechnąć? Przestać być na każdy rozkaz?

Podsumowanie | Wakacje 2013

Śpieszmy się kochać wakacje, tak szybko odchodzą... Dwa miesiące minęły jak oka mgnienie, kiedy, jak to możliwe? I co? I już dzisiaj pierwszy września. A jutro rozpoczęcie roku dla wszystkich uczniów. Nie licząc studentów, ale oni mają ciężej na studiach, więc to się w jakiś sposób wyrównuje. To nie będzie typowe podsumowanie wakacji, bo i po co? Wakacje to dwa miesiące różniące się od innych miesięcy tym, że jest ciepło i można się wyspać. I lenić. Chociaż w ciągu roku szkolnego też się leniłam i nie stało się nic złego – ba! egzaminy poszły mi bardzo dobrze i dostałam się do wymarzonej szkoły...

środa, 28 sierpnia 2013

Dary Anioła: Miasto Kości | 2013

Która fanka serii Dary Anioła nie czekała z niecierpliwością lub strachem na premierę filmu? No która? Przyznać mi się! Pani tam z tyłu? A, pani książek nie czytała, to wszystko wyjaśnia.


Lubię ekranizacje książek, o ile są dobre. Pamiętam, że zawsze kiedy w telewizji jest Harry Potter, którakolwiek jego część, siadam przed ekranem i oglądam, bo te osiem filmów zostało nakręconych bardzo dobrze – raz lepiej, raz gorzej, ale ogólnie trudno nie ocenić tej ekranizacji wysoko. Zawsze jednak się boję, bo co, jeśli reżyser – za przeproszeniem – spieprzy cały film? Idąc jednak na Dary Anioła: Miasto Kości marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się w kinie. Może to przez to, że kilka godzin paradowałam wraz z innymi poprzebieranymi mangowcami na Piotrkowskiej w tę i z powrotem, i że wracałam do Manufaktury do Cinema City piechotą, ale trochę chciałam zobaczyć ten film. Mimo tylu sprzecznych opinii, których naczytałam się dzień wcześniej, śmiało weszłam do sali kinowej, w której nie było tłoku (a byłam prawie tydzień po premierze, co wiele wyjaśnia), usiadłam wygodnie i pozostało mi nic innego, jak przez następny kwadrans podziwiać reklamy na wielkim ekranie.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Krótko i na temat | Saga o Ulyssesie Moorze 1-6; Pierdomenico Baccalario



Kiedy wspominam cykl książek o Ulyssesie Moorze, pierwsze, co mi się nasuwa na myśl, to czekanie. Czekanie całe dwa tygodnie na kolejną, cienką, kieszonkową książeczkę z tego cyklu, ledwie połowę jednego tomu. Nie pamiętam już, do której gazety była dołączana, ale zawsze, za każdym razem w dzień wyjścia owego magazynu leciałam do kiosku jak na skrzydłach. Nie tylko zresztą ja! Moja mama nie była lepsza i nie mniej ciekawska; zawsze kłóciłyśmy się, kto pierwszy ma książkę przeczytać. Wyszło dwanaście „zeszytów”, a każdy był połową tomu, czyli zebrałam (a potem oddałam do szkolnej biblioteki, kiedy kończyłam podstawówkę) sześć tomów. Rok temu dowiedziałam się, że jest ich nie sześć, a dwanaście. Dlatego odświeżyłam sobie serię, która jest i będzie zawsze kojarzyła mi się z dzieciństwem.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Złoty most | Eva Völler

Zakochaj się we mnie znów”
Wzdłuż ulicy ciągną się zbudowane ciasno przy sobie kamienice. Idziesz prosto przed siebie, nie znając drogi. Nie masz pojęcia, gdzie się znajdujesz. W którą stronę iść, w którą uliczkę skręcić. Który most jest tym właściwym. Nie znasz współczesnego Paryża, a co dopiero siedemnastowiecznego. Jednak to w końcu miasto miłości, a dla nie tutaj przybyłeś. I jesteś gotów zrobić wszystko. Nawet narazić się na śmierć.

środa, 7 sierpnia 2013

Nie niszcz książek - używaj zakładek!

Dziękuję Marceli za nominację. Masz rację, mam trochę zakładek, które są ładne, bo ręcznie wykonane. :) Myślałam, że będę dużo dłużej ich szukała... ale poszło mi dość szybko. :3

W zabawie „Nie niszcz książek – używaj zakładek” może wziąć udział każdy. Aby do nas dołączyć, opublikuj na swoim blogu post o Twoich ulubionych lub wymarzonych zakładkach, następnie zaproś do zabawy siedmiu innych blogerów. Miłej zabawy!

Nie wyobrażam sobie zagięcia rogów w książce. Nałogowo więc używam zakładek, których potem zapominam wyjąć z książek. Pokażę więc tę ciekawszą część, które znalazłam. Reszta to zwykle dołączane do książek zakładki, które pewnie wielu z Was ma. :) 

Te dwie zrobiłam po obejrzeniu Doctora Who. Jak ja kocham ten serial! Lubię ich używać, chociaż gną się czasem wystające części kokardki i napisów.


Grimuś! Jestem zakochana w książce, pokochałam też panią Gesę Schwartz, która okazała się być bardzo miłą osobą, więc nie mogłam sobie odpuścić takiej fikuśnej zakładki. Tak, ta też jest ręcznie robiona.

Obie zakładki mają cytat po francusku z Biblii. Dostałam je od pewnego przemiłego polskiego księdza mieszkającego we Francji, który na zaproszenie mojej katechetki odwiedził nas w szkole. (Nie do końca, ale to długa historia. ^^)

Po lewej - zakładka z Bytnarówki, 29 LO w Łodzi. Dostałam ją, kiedy jej uczniowie przyszli do mojego gimnazjum. Sporo osób z mojej szkoły tam poszło, ale ja nie. :) Po prawo - również szkolnie. Zakładka, którą dostałam na pierwszej w gimnazjum lekcji WOSu od pani dyrektor. :)

Inspirowana anime&mangą zakładeczka, laminowana - uwaga, uwaga - taśmą klejącą. :D


Jako zakładek używam też biletów z kina, biletów autobusowych czy - jak na zdjęciu - ulotek filmów. Co będzie pod ręką. :3


I na koniec najlepszy smaczek, moja niedawna, bo wczorajsza, zdobycz. Nie są to zakładki, ale będę ich tak używała. I dbała o nie. I kochała je. Te grafiki to okładki książek Gesy Schwartz, z autografem. I dedykacją dla mnie. ^^



Reszta jest poukrywana gdzieś w książkach, powyższe zakładki jednak są najciekawszymi z mojej kolekcji. Dobrze, przejdźmy więc do nominacji: 
Nocne-szepty (tak, zostałaś nominowana drugi raz, jestem zła, wiem)
Oczami-Jenny (pochwal się swoimi zakładeczkami, no!)
Books-hunter (bo... bo tak)
Szept książek (jestem ciekawa)
Miasto-mgły (pochwal się, Tris!)
Oprawca książek (nowym w książkowym świecie trzeba pomagać :3)
Jako siódmego bloga nominuję wszystkich, którzy nienawidzą zaginania rogów w książkach


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Zwycięzca bierze wszystko | Aneta Jadowska

She's got balls”
Być magnesem na kłopoty musi być ciężko. Zwłaszcza kiedy Ci z góry, archaniołowie od siedmiu boleści, oskarżają cię o nie wiadomo co, a ty musisz jeszcze sporo załatwić przed swoim Sądem Ostatecznym. Powstrzymać rebelię przeciw Lucyferowi w Piekle? Nie ma sprawy. Pomóc Baalowi, Karmazynowemu Księciu, któremu nikt nie ufa i wszyscy uważają go za dupka? Odhaczone. Zaopiekować się pisklęciem podrzuconym przez Gabriela i Lucyfera? Da się zrobić. Wybronić się z nieznanego oskarżenia archanioła Rafaela, który cię nienawidzi? Oj, z tym będzie trudniej.

News | Mamy Dwunastego!


Żadna to recenzja, jednak chciałam się podzielić wrażeniami. Mamy Dwunastego Doktora! Od kilku miesięcy, czyli od kiedy zapoznałam się z większością Doctora Who, śledziłam plotki i newsy na temat kolejnego Doktora. Sądziłam, że Steven Moffat, który notabene jest naczelnym trollem (łysy Sherlock? serio, Moffat?), wybierze aktora młodszego - jakby nie spojrzeć, każdy kolejny Doktor był coraz młodszy, prawda? Nic z tych rzeczy!
Byłam zszokowana. Szok jest normalny, byłam chyba wręcz pewna, że będzie to młody, wychuchany aktorzyna, a tu bum! Prawie pięćdziesiąt lat i taka sympatyczna twarz! "Ej, ej... ja go chyba znam!", przemknęło mi przez myśl. Faktycznie, występowałam w paru serialach czy filmach, które oglądałam. Będzie dobrze. Fajny jest. Ale...
"a co jeśli on już wtedy był 12 Doktorem?
Na swojej misji?!
I Doktor uratował Doktora nie wiedząc o tym?!
o m g
mindfuck"

Świetne spostrzeżenie z twittera. :) Ciekawe, czy wykorzystają to. Byłoby... interesująco.




\

Był szok, potem akceptacja, a teraz jestem całkowicie za Peterem Capaldim jako Dwunastym. :)


A Wy co sądzicie o takim wyborze?

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozmowy kontrolowane: Gesa Schwartz


Całkiem niedawno zachwycałam się „Pieczęcią ognia” autorstwa niemieckiej pisarki Gesy Schwartz. Chociaż „zachwycałam się” to mało powiedziane! Zakochałam się w tej książce od pierwszego wejrzenia. A że lubię robić wywiady z ludźmi, a także miałam kilka pytań do Pani Schwartz – czemu by do niej nie napisać i nie poprosić o wywiad? Mimo nauki niemieckiego przez dziewięć lat, nie mam pojęcia jak skończyłam z czwórką na koniec gimnazjum, bowiem w tym języku umiem jedynie śpiewać „Pszczółkę Maję” – to był niemały problem, bo jak napisać do Niemki po niemiecku, nie znając języka? Cóż, dziękuję serdecznie wspaniałym wynalazkom. jakim są słowniki i translatory. Ba! Pani Schwartz nawet przyznała, że całkiem nieźle idzie mi z niemieckim, co mnie bardzo rozśmieszyło, biorąc pod uwagę fakt, że właściwie bez pomocy napisałam tam jedno-dwa zdania.

Nie czekałam długo na odpowiedź, co mnie niezmiernie ucieszyło. Kiedy tylko zobaczyłam odpowiedź na mojego maila, zaczęłam skakać z radości. Nic nie czyni szczęśliwszym niż coś, na co czekaliśmy. Martwiłam się, że może pisarka ma zbyt dużo na głowie lub może nie ma ochoty/możliwości na odpowiedzenie na te kilka zadanych pytań, ale było inaczej: pani Schwartz nie dość, że odpowiedziała, to dodatkowo odpowiedzi te są strasznie rozbudowane i po raz chyba pierwszy aż przyjemnie mi będzie tłumaczyć coś z niemieckiego. W dodatku autorka okazała się być niezwykle miłą osobą, zaproponowała nawet autograf... Oj, chyba nie powstrzymam się i wyślę jej mój adres. :)

Osoby, które nie wiedzą, o jaką książkę chodzi, zapraszam do recenzji „Pieczęci ognia”: LINK

Nadeine: Dlaczego akurat Gargulce? Miałaś możliwość wyboru wielu innych stworzeń, ale wybrałaś właśnie je. Co było tego powodem?

Gesa Schwartz: Gargulce symbolizują dla mnie zagadkę w codziennym życiu, zapomnieliśmy o nich i trzeba było nadać im większe znaczenie, nadać im sens. Jak często mijamy Kościoły, nie patrząc na gargulce, które mogą nas obserwować kamiennymi oczami? Jednakże konpecja gargulców nie jest ograniczona do tych w „Grimie”, nie chodzi tylko o gargulce, ale ogólnie o kamienne istoty. Nie tylko gargulce otoczone są aurą tajemniczości i nieprzystępności. Każdy, kto choć raz widział Apollo Belwederskiego, Śpiącego Satyra (Faun Barberini) albo Umierającego Galijczyka, czuje, że pod skórą posągów może być coś więcej niż kamień. Jest dużo więcej tego udowodnionego w fantazji, w fantastycznej mimetycznej literaturze. Nie można przejść przez cmentarz, nie mając uczucia bycia obserwowanym przez kamienne oczy, nie można przejść obok Nike z Samotraki, nie słysząc delikatnego szelestu skrzydeł. Myślę, że powinniśmy o nich pamiętać, ponownie nadać im wartość w naszym świecie. Podobnie jak Michael Ende jestem zdania, że nasz świat stał się pustynną cywilizacją. Twierdził on, że nasz świat jest „dosłownie powstały z dobrych duchów”: nazwał go opuszczonym pustkowiem ślepego racjonalizmu i szalonego postępu, na dłuższą metę nikt nie przeżyje. Zgadzam się z nim, nie na próżno mieszkam w cyrkowym wagonie – w jednym kawałku cyrku na pustyni naszego świata.

N.: Skąd pomysł na stworzenie Grima?

G.S.: Ideą dla „Grima” był obraz, który zobaczyłam pewnego razu w nocy. Widziałam wielką, kamienną figurę z ogromnymi, sięgającymi ponad dachy paryskich domów skrzydłami. Kiedy zbliżyłam się do sylwetki, mogłam ujrzeć jej twarz. To była twarz gargulca, może anioła, może demona, a może po trochu tego wszystkiego. Spojrzał na mnie swoimi oczami, z blizną nad jednym z nich, i z łagodnym uśmiechem powiedział mi swoje imię. Tak właśnie poznałam Grima i od tamtego momentu wiedziałam, że chcę opowiedzieć swoją i jego historię. On był i zawsze jest w centrum tego wszystkiego, a pozostałe postacie, tło, świat, w którym żyje – rozwijało się wokół niego.

N.: Skąd w ogóle pomysł na napisanie książki? Kto lub co było Twoją inspiracją?

G.S.: Odkąd tylko pamiętam, byłam narratorem, i kiedy tylko mogłam, pisałam moje historie. Pisanie było i jest integralną częścią mnie, życiową koniecznością, bez której nie wyobrażam sobie istnienia. To piękny moment, kiedy postacie i świat budzą się do życia i zabierają mnie na swoje przygody. I zdolność do tworzenia światów za pomocą słów i myśli, sprawianie, że mogą mieszkać tam ludzie – to jest wspaniałe!

N.: Stworzyłaś Dolny Świat jedynie na podstawie niemieckiego folkloru, czy czerpałaś również z innych znanych mitologii?

G.S.: Oprócz integracji różnych mitologii w moich opowieściach, ważne było także zbadanie naszej rzeczywistości. Przywiązuję dużą wagę do tego, żeby wszystko w mojej historii było rzeczywiście możliwie. Jeśli tylko jest to możliwe, odwiedzam wszystkie lokalizacje osobiście. Czasem prowadzi to do stóp czarnych jak smoła po całym dniu badań tylko w sandałach; całe dnie podczas letnich wyjazdów do Rzymu pracuję, chodzę po wzgórzach Tara w trampkach z zielonkawymi plamami kału tamtejszych owiec. Nie należy być wrażliwym na takie rzeczy. Kiedy na przykład byłam informowana o środkach nadzoru na paryskich cmentarzach, zostałam obrażona po francusku: sprzedawca pamiątek podsłuchał moją rozmowę z dozorcą i orzekł, że chciałam uczcić grób Jima Morrisona czarną mszą. Niemniej jednak takie badania naukowe sprawiły, że byłam dobrze przygotowana. To niezwykle fascynujące, wędrować w paryskich katakumbach – ciągną się one kilkaset kilometrów pod miastem, na głębokości nawet 35 metrów! Większa część sieci korytarzy wciąż jest niezbadana, ale szacuje się, że znajdują się tam szczątki aż sześciu milionów ludzi! Tam jest strasznie, ekscytująco i bardzo ciemno – i prawie niemożliwym jest, by chodząc po katakumbach, nie znaleźć inspiracji.

Nowym i bardzo intensywnym doświadczeniem dla mnie było to, jak badania i rozwój fabuły są ze sobą powiązane. Przykładem tego jest dom Grima w Paryżu, wieża Saint Jacques. W jednej z pierwszych scen, w fazie planowania historii, Grim zaznaczył, że mieszka na, względnie pod, wieżą. Wtedy nie miałam pojęcia, gdzie mam go umieścić, ale wiedziałam, że w domu, w Kościele – a wieża Saint Jacques na pewno nie jest Kościołem. Zmarnowałam tygodnie, wędrując po Paryżu w poszukiwaniu Kościołów (a w pisanych na bieżąco scenach Grim wyśmiewał moje obolałe wieczorem nogi), dopóki nie okazało się, że Saint Jacques kiedyś było Kościołem! Mianowicie, Kościołem Saint-Jacques-la-Boucherie, który rzekomo został zburzony w 1797 roku. Ledwie się o tym dowiedziałam, wpadłam na pomysł, że Grim ma coś związanego z tą budowlą, coś tajemniczego i smutnego, i że znalazł sposób na przeniesienie budynku do jego podziemnego świata. Tak więc Grim rzeczywiście osiedlił się tam, jednakże, razem z nim, gołębie. Kilka razy odwiedzałam tę wieżę – i każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Paryż, wie, że jest tam pełno wszystkiego, zwłaszcza w zakresie zabytków i Kościołów, a także, oczywiście, gołębi. Również trawnik wokół wieży Grima został przez nie zasiedlony. Jednakże żaden z nich nie odważył się usiąść na figurach na wieży, kiedy odwiedziłam to miejsce. Być może było to było normalne albo gołębie miała jakieś powodu do tego, by nie siadać na posągach. Dla mnie było jasne, że Grim zawsze ma pazury w pogotowiu, bo nie jest zbyt wielkim przyjacielem gołębi. Pamiętam jeszcze, jak wkrótce po pokazaniu w jednej scenie Saint Jacques jako domu Grima, Grim w mojej głowie uniósł prawą brew i pogardliwie zapytał, dlaczego nie słuchałam go, kiedy mówił, że ta wieża to jego dom. Na mojej stronie można zobaczyć moje zdjęcia tych lokalizacji, to jakby wejście za kulisy.
Dużą część moich badań zrobiłam podczas całorocznej trasy po Europie. I wciąż badam i podróżuję dla siebie. Nie na darmo mieszkam w wozie cyrkowym – z takim domem można udać się wszędzie.

N.: Oprócz Grima, piszesz również inną serię, Kroniki Świata Cienia. Możesz przybliżyć nam fabułę?

G.S.: Kroniki Świata Cienia to trylogia. Pierwszy tom, „Nephilim”, jest już wydany, drugi tom, „Angelos”, pojawi się w Niemczech we wrześniu. Jest to opowieść o siedemnastoletnim Nando, który mieszka w Rzymie ze swoją ciotką. Przez kilka tygodni jest dręczony snami, w których przychodzą cienie i coś do niego mówią. Wkrótce potem oczywiście dowiaduje się, że pewne istoty magiczne czyhają na jego życie. Z pomocą bezdomnego, Antonio, Nando ucieka i odkrywa, że także posiada magiczne zdolności. Niedługo potem dowiaduje się, że Anioły i Demony od zawsze żyły w świecie ludzi, ukryte, i że sam jest kimś bardzo szczególnym: Nephilim. Nando jest synem Diabła i kluczem do jego wyzwolenia, z zamkniętego przez Aniołów dziewiątego kręgu Piekła. Demony i Anioły polują na chłopaka, by użyć go do swoich celów. Nando ma tylko jedną szansę: musi zejść do podziemi Rzymu, i w Bantorym, mieście Nephilów, nauczyć się używać swoich mocy i bronić się przed atakami anielskich i piekielnych posłańców. Jednak oni depczą mu po piętach. Na dodatek, Diabeł zaczyna mówić w myślach Nando i przyciągać go do siebie. I każdy wie, że Diabeł to największy kusiciel...

N.: Niemcy leża niedaleko Polski – znasz jakiś Polaków czy raczej nie utrzymujesz z nimi żadnego kontaktu?

G.S.: Niektórzy z moich najbliższych przyjaciół są Polakami lub mają polskie korzenie, tak więc w pewien sposób codziennie stykam się z Polską. :) Generalnie, w Polsce spotkałam się z ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, którzy potrafią opowiadać wspaniałe historie. Bardzo chciałabym spędzić trochę czasu w tym kraju, który posiada tak wiele tajemnic i potencjał na wiele opowieści... I jestem pewna, że któregoś dnia to zrobię! :)



***
No, moi kochani - nieźle się namęczyłam z tłumaczeniem! Nie było łatwo, przyznaję, ale zdecydowanie warto. Macie jakieś propozycje autorów, z którymi chcielibyście przeczytać wywiad? Tylko anglojęzycznych lub naszych rodzimych, proszę, bo naprawdę - o ile niemieckich pisarzy uwielbiam, o tyle tłumaczenie tego wszystkiego jest męczarnią. Myślałam o Leigh Bardugo - Cień i kość było książką świetną! Co o tym sądzicie? :)

wtorek, 30 lipca 2013

Karneval | Touya Mikanagi


Nie wiesz, co się stało. Gdzie jesteś. Gdzie jest Twoja jedyna rodzina, jedyna osoba, którą znałeś. Zostałeś sam, w lesie, pozostawiony samemu sobie, porzucony... Czerwona kałuża prowadzi do morza. Jedyne, co masz, to dziwna bransoleta. Wyruszasz samotnie na wyprawę w poszukiwaniu swojego brata, nie wiedząc nic o świecie, z którym przyjdzie ci się zmierzyć. Zbyt naiwny, zbyt ufny, nie mający pojęcia o niebezpieczeństwach, podejmujesz ryzyko...

Nai poszukuje swojego brata, Karoku – z tego powodu samotnie wyruszył do miasta, gdzie czai się mnóstwo niebezpieczeństw. Jest naiwny i ufny; zostaje porwany i więziony przez – wydawałoby się – damę z dobrego domu, którą uwielbiają ludzie. Nie jest w stanie sam się ochronić, a co dopiero uwolnić z macek tej strasznej kobiety. Na szczęście przybywa wybawienie – czarnowłosy młodzieniec ofiaruje mu bezpieczeństwo i pomoc w poszukiwaniach w zamian za bransoletę, będącą identyfikatorem Najwyższego Organu Obrony Państwa, CYRKU. Gareki, bo tak nazywa się tajemniczy wybawiciel, ma niemało problemów z Naiem, który posiada inteligencję czteroletniego dzieciaka. Zaliczają wiele wzlotów i upadków, aż w końcu trafiają do celu – na statek Cyrku!

poniedziałek, 29 lipca 2013

„Klątwa opali”; Tamora Pierce


Po raz pierwszy w Polsce książki osadzone w świecie Tortallu, jednym z najbardziej popularnych uniwersów fantasy, stworzonym przez wielokrotnie nagradzaną autorkę powieści młodzieżowych, Tamorę Pierce.Becca Cooper wychowała się w najbiedniejszej części miasta, z dala od pałaców i posiadłości możnych, w towarzystwie łajdaków i złodziei. Wrodzona nieśmiałość sprawiła, że dziewczyna nie miała wielu przyjaciół. Miała za to odwagę. Być może za dużo odwagi.Teraz Becca ma szesnaście lat i jest szczenięciem w Wieczornej Straży, formacji, która pilnuje porządku na ulicach miasta. Po zapadnięciu zmroku, u boku dwojga doświadczonych strażników, Becca patroluje zakazane zaułki w dzielnicy biedoty. Pod czarną tuniką skrywa nieśmiałość i niezwykłe zdolności, które pozwalają jej słyszeć duchy zmarłych. Któregoś dnia wpada na trop intrygi, która może przerosnąć nawet jej nauczycieli. W mieście grasuje bezwzględny morderca. Jego ofiarami padają bezimienni, ubodzy mieszkańcy slumsów, ludzie, o których dobrze urodzeni woleliby w ogóle nie wiedzieć. Żeby Becca mogła podążyć tropem zabójcy, najpierw musi przekonać do sprawy nie tylko Wieczorną Straż, ale również najbardziej niebezpiecznych łotrów - nieoficjalnych władców całego Niższego Miasta.W rozbudowanym i wielokulturowym świecie Tortallu rozgrywa się pięć serii traktujących o kolejnych pokoleniach silnych, inteligentnych i pewnych siebie kobiet. W tym roku Tamora Pierce została uhonorowana nagrodą Margaret A. Edwards za dwie z nich, za tetralogie „Song of the Lioness” oraz „Protector of the Small”.

Praca Psa”
Poniżani. Nieszanowani. Jednak bez nich Niższe Miasto i Szambo pogrążyłoby się. Praca Psów nie należy do łatwych, zwłaszcza kiedy ludzie rzadko ich szanują i niespecjalnie pomagają w dochodzeniach czy aresztowaniach. Jeszcze trudniej mają Szczeniaki – uczący się do roli Psa, chodzący z nimi na patrole. Jednym z takich Szczeniaków Becca Cooper, która od zawsze chciała tak pracować, chociaż wiedziała, jak traktowani są jej przełożeni. Dziewczyna od dziecka dobra była w tropieniu, co uratowało jej życie – kiedy jej umierająca matka i czwórka rodzeństwa już prawie mieszkali na ulicy, bez pieniędzy i jedzenia, ona pomogła wytropić bandytów i powiedziała o tym Jaśnie Panu, Staroście dzielnicy, który tamtędy przejeżdżał. Od tamtej pory, pod jego skrzydłami, poznawała Niższe Miasto i uczyła się na Psa. Nie stała się jednak zarozumiała, a jedynie jeszcze bardziej nieśmiała.
Becca od dziecka posiada pewien dziwny, acz pomocny w jej przyszłej pracy dar – słyszy duchy, które przemieszczają się z gołębiami, i rozmowy niesione wiatrem aż do pyłowych krętów. Łatwiej jest usłyszeć od ofiary, kto ją zabił niż szukać wieczorami poszlak razem z Psami. Jednak kiedy w Niższym Mieście pojawiają się dziwne, niezwykłe kamienie, a w slumsach zaczynają ginąć ludzie. Takie rzeczy zdarzają się w Szambie, to nic nowego, ale tym razem jest inaczej – zaginionych jest zbyt wielu. Morderca jest wśród nich. Becca i jej nauczyciele-strażnicy, najlepsi z najlepszych – Tunstall i Goodwin – wpadają na trop intrygi, która przerasta nawet ich. Becca będzie musiała ciężko pracować nad śledztwem i przekonać do siebie nie tylko przełożonych i resztę Straży Wieczornej, ale i Łotra – nieoficjalnego władcę Niższego Miasta.
Seria Krąg Magii autorstwa właśnie Tamory Pierce przypadła mi do gustu, chociaż teraz sądzę, że była ona przeznaczona dla raczej młodszych czytelników. Długo mogłabym się rozwodzić nad wadami i zaletami tych dwóch znanych mi serii tej wspaniałej autorki, długo bym mogła porównywać stworzone przez nią całe uniwersa, ale w obu przypadkach zostałam zaczarowana magią słów. Jednakże Krąg Magii jest czarujący w nieco inny, niewinny sposób, przypominający trochę pierwsze tomy Harry'ego Pottera, Kroniki Tortallu zaś są brutalniejsze i okrutniejsze w przedstawianiu prawdziwego świata. Głównym wątkiem Klątwy opali jest praca Psów w Niższym Mieście i Szambie, najbiedniejszej dzielnicy Tortallu – a taka praca wymaga wiele wysiłku i dużej wprawy w waleniu pałką, a wszystko to Tamora Pierce opisała bardzo dokładnie i brutalnie przedstawiła tamtą rzeczywistość, w której rodzice oddają własne dziecko handlarzom niewolników i w której normą są wciąż ginące osoby. Książka sama w sobie była interesująca, ale ten świat... przerażał. I wciąż przeraża. Autentycznie cieszyłam się, że pojawił się ktoś taki jak Rebecca Cooper, kto zaczął się przejmować takimi rzeczami! Według mnie książka powinna sprawić, że Czytelnik przeniesie się do jej świata, że razem z bohaterami będzie cieszył się, smucił i główkował. Klątwa opali do takich książek właśnie należy.
Leżałam sobie tuż po zakończeniu lektury i tak myślałam, że ta książka jest za krótka. Jestem osobą nieco dziwną, przyznam, lubię grube powieści, takie cegiełki, ale czasem, pomimo że książka ma jakieś sześćset stron czystej fantastyki, dla mnie to zbyt mało i zbyt szybko muszę rozstać się z postaciami, które całkowicie polubiłam. Przy okazji jednej z moich poprzednich recenzji wspominałam, że w literaturze skierowanej do młodzieży brak jest bohaterek silnych, takich „twardych bab”, że tak to ujmę. A tu co? Becca Cooper. Na takie dziewczyny czekałam! Becca jest silna i umie walnąć pałką, jest uparta i twarda, a przy tym... nieśmiała. Tak, dokładnie, drogi Czytelniku, ten terrier, który powala przestępców i daje im porządną nauczkę, płonie ze wstydu, kiedy musi publicznie zdać raport przed Sądem! Becca co prawda jest jeszcze Szczeniakiem szkolącym się u Goodwin i Tunstalla, ale zachowuje się jak na Psa przystało. O, skoro jesteśmy przy Psach Becki – niezwykli z nich partnerzy. Nie raz uśmiechałam się do literek, kiedy były ich sprzeczki i rozmowy. Tamora Pierce niesamowicie zabawnie przedstawiła ich relację, i mimo że Goodwin i Tunstall sprzeczają się nieraz, to i tak w walce, jako partnerzy, są nie do pobicia. I chociaż sądziłam, że będzie z nich ładna para i świetnie do siebie pasują, to autorka zrobiła mnie w konia, gdyż Goodwin ma męża, a Tunstall czuje miętę do pewnej kobiety... Na uwagę zasługują również bohaterowie drugoplanowi, którzy są ge-nial-ni! Nie słodzę, naprawdę, rzadko kiedy widuję bohaterów, wokół których nie kręci się fabuła, a są wykreowani tak fantastycznie. O kim mowa? Oczywiście o Korze, Aniki i Rosto Muzykancie! Nie powinnam zapomnieć także o towarzyszu Becki – dziwnym kocie Drapku, który jest nad wyraz mądry i często jej pomaga. :)
To nie jedyne zaskoczenie, które sprezentowała Tamora Pierce. Cała Klątwa opali obfituje w nagłe, niezmiernie ciekawe zwroty akcji i różne zadziwiające sytuacje. Wydawałoby się, że kiedy minął punkt kulminacyjny, fabuła powinna zwolnić i spokojnie się zakończyć, ale nie – tutaj też autorka zaskakuje Czytelnika kolejnymi wydarzeniami. W zasadzie ledwie odrywałam się od książki, bo po prostu tak bardzo mnie wciągnęła, tak bardzo wpadłam w wir wydarzeń, że nie potrafiłam przerwać w przypadkowym momencie czytania. Moją mantrą podczas lektury Klątwy opali stało się: „Jeszcze jeden rozdział, jeszcze jedna strona”.
Nie byłabym sobą, gdybym w natłoku plusów i plusików nie znalazła chociaż malutkiego mankamentu... tylko że mam problem – nie znalazłam. Owszem, Klątwę opali nie można zaliczyć do ambitnej literatury, nie można powiedzieć, że to książka inna niż wszystkie, bo nie jest aż tak oryginalna. Mimo to dzieło Tamory Pierce porywa, inaczej tego nazwać nie potrafię. Lubię sobie ponarzekać, zwłaszcza w tak upalne dni jak ten, ale trudno mi to robić, bo gdy przypominam sobie czytanie Klątwy opali, samoistnie moje usta wykrzywiają się w uśmiechu. Tak po prostu. Choć przedstawione w powieści realia są brutalne i krwawe, choć nie jest wesoło, czytając opis Szamba, to ta książka jest w jakiś nieznany, obcy mi sposób... ciepła. Ciepło mi się robi, mogąc czytać o takich obrońcach, dla których nie liczą się tylko pieniądze, którzy pracują dla dobra ludzi. Szkoda tylko, że zawód Psów nie jest szanowany w tamtym świecie. W naszym, zresztą, również nie jest lepiej i fabuła trochę mi przypominała zachowanie Polaków wobec stróżów prawa.
Jeśli chodzi o powieści fantasy, fantastyczne i te mniej magiczne, ale równie czarujące – mam zaufanie do wydawnictwa Jaguar. Wybierają świetnie książki, nie wiem, gdzie oni je znajdują, ale mają do nich nosa. Myślałam, że Kroniki Tortallu będą pisane na jedno kopyto, że będą podobne do Kręgu Magii, ale nie miałam racji. Nie było fajerwerków, nie przemyślałam nagle całego swojego życia, nie zmieniłam się – tonie taki typ książki. Powieści takie jak ta dają przyjemność z czytania i nic więcej. I właśnie to daje Klątwa opali – kilka(naście) godzin w czarującym i zaskakującym świecie Psów i Szczeniaków.


Kroniki Tortallu
Klątwa opali | Bloodhound | Mastiff


Książkę mogłam przeczytać dzięki wydawnictwu Jaguar, za co serdecznie dziękuję!

***
Ponadto przypominam o śledzeniu mnie na Twitterze i zadawaniu nurtujących pytań na Ask.fm! A niedługo, bo w ciągu dwóch dniu, recenzja czegoś, czego jeszcze nie recenzowałam. :)

czwartek, 25 lipca 2013

„Wyzwanie”; Colleen Houck


Serce Kelsey zostało złamane, pradawne zaklęcie – nie.Po powrocie do domu dziewczyna próbuje zapomnieć o indyjskim księciu Renie i poukładać sobie życie na nowo. Jednak mroczne siły nie zostały pokonane, a niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Kelsey musi wrócić do Indii - tym razem z niepokornym bratem Rena, Kishanem, nad którym również ciąży klątwa. Czy Kelsey znajdzie odwagę, by uwierzyć w miłość i stanąć do walki ze złem? Czy to wyzwanie przybliży całą trójkę do złamania zaklęcia, czy przeciwnie - pozbawi ich złudzeń?

Czarny tygrys”
Indie są pięknym krajem. Zawsze zachwycałam się pięknymi sari, które noszą tamtejsze kobiety, ale nigdy nie zainteresowałam się tamtejszą mitologią. Nie miałam pojęcia, że takowa w ogóle istnieje. Dlatego książki takie jak „Klątwa tygrysa” czy drugi tom tego cyklu, „Wyzwanie”, poruszają naprawdę ciekawe tematy. Wydawałoby się, że to płytki romans, że fabuła pędzi od pocałunku do pocałunku, ale na szczęście aż tak źle nie jest, co wcale nie oznacza, że jest dobrze. Colleen Houck co prawda postawiła na romans, ale nie zabrakło przygody i hinduskiej mitologii, za którą tak pokochałam tę książkę. Mimo to... nie zawsze podczas czytania było kolorowo...
Kelsey jak zwykła nastolatka przeżywa fakt, iż pierwszy raz ktoś złamał jej serce. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie mężczyzna, który to zrobił, nie był indyjskim księciem obciążonym pradawną klątwą, która zamienia go w tygrysa na prawie całą dobę. Kelsey przełamała część klątwy, przez co jego czas bycia człowiekiem wydłużył się, ale do zdjęcia zaklęcia jeszcze długa droga. Jednak dziewczyna nie ma szansy pomóc braciom, gdyż Ren złamał jej małe, nastoletnie serce i wyjechał, pozostawiając ją samej sobie. Próbując ułożyć swoje życie na nowo, Kelsey stara się zapomnieć o ukochanym... Lecz nie dany jest jej spokój – mroczne siły nie zostały pokonane ostatnim razem. Wraz z Kishanem, niepokornym bratem Rena, powraca do Indii, by znów stanąć w walce z klątwą... Czy uda jej się pomóc tygrysom?
Oj, nie jestem dobrym tygrysem. Pisząc recenzję poprzedniego tomu niczym tygrys rozpoczęłam polowanie na drugi tom, jednak dopiero prawie po roku zabrałam się za recenzję. Nadawałabym się do cyrku, a nie do dżungli, jak wskazują moje umiejętności. Na szczęście Ren i Kishan są lepszymi w byciu wielkimi kotami. Co prawda Ren w tej części jest trochę „rozmemłany”, a Kishan robi za Tego Złego Brata (niczym Damon Salvatore), ale mimo wszystko są ciekawymi postaciami i nadają książce klimat. O samej Kelsey wypowiadałam się już w recenzji pierwszego tomu i moje zdanie nie zmieniło się od tamtego czasu. Wciąż mam resztki nadziei, że dorośnie przez te następne trzy tomy.
Siedzę sobie na fotelu i płaczę. Bynajmniej nie chodzi mi o zakończenie „Wyzwania”, to nie ono wywołało u mnie łzy, lecz autorka. Gdyby nie fakt, że moje biurko jest już dość poobijane, waliłabym głową w blat. Jakim cudem książkę zawierającą interesującą i niebezpieczną przygodę, której nie powstydziłyby się hollywoodzkie produkcje, można zamienić na durny romans?! Jestem w stanie zrozumieć, że od początku zamierzeniem Colleen Houck było zeswatanie ze sobą Kelsey i Rena, wiem, iż autorka inspirowała się „Zmierzchem”, bowiem Kishan odgrywa rolę Jacoba Blacka (nawet zmienia się w wielkiego kota, haha!), jednak chyba zbyt mocno czerpała z sagi, bo zapomniała o innych wątkach na rzecz... (oj, zaraz będę gryźć!) trójkącika. Powtarzałam to już często i powtarzać będę – ile można pisać o dwójce chłopaków, którzy zakochali się w głównej bohaterce?! Nie spotkałam się jeszcze podobnym przypadkiem w swoim otoczeniu i jest to chyba dość rzadkie zjawisko. „Wyzwanie”, podobnie jak „Klątwa tygrysa”, jest w pewnym sensie fantastyczną książką – mamy pradawne klątwy, ludzi zamieniających się w wielkie koty i magiczne przedmioty – ale bądź co bądź, jakaś część powieści opowiada o zwykłej, aż zbyt zwykłej można by rzec, nastolatce i jej życiu; już samo to, że taka szara Kelsey dostaje wspaniałą okazję na zwiedzenie tak pięknego kraju, jakim są Indie, jest trochę nierealne, aczkolwiek to tylko romans paranormalny, takie rzeczy są tam na porządku dziennym. Dlatego tak bardzo denerwują mnie te trójkąciki – nie dość, że aby napędzić fabułę, autorka wymyśla dziwne i nieco nierealne w dzisiejszym świecie wydarzenia (naprawdę rodzice puszczą córkę z obcym facetem i wielkim tygrysem do Indii?), to jeszcze pogarsza sprawę romansem niczym z... nie, właściwie nie ze „Zmierzchu. Z „Pamiętników wampirów”, rzekłabym raczej.
Nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że całą przygodę szlag jasny trafił, bo tak nie jest – Kelsey wyrusza z Renem na poszukiwanie kolejnego mitycznego przedmiotu, dzięki któremu Ren mógłby jeszcze dłużej być człowiekiem w ciągu doby i dzięki któremu byliby o krok bliżej zdjęcia klątwy ciążącej na książęcych braciach, i to jest naprawdę ciekawe. Dla mnie jednak głównym atutem są Indie i hinduska mitologia, które autorka przedstawiła bardzo dokładnie i idealnie wplotła to w fabułę. Sięgnęłam po tę książkę właśnie z tego powodu i po części dlatego, że zauroczył mnie piękny biały tygrys na okładce pierwszego tomu. A skoro mi się spodobał, nie było innego wyjścia niż dokończenie serii. Co prawda jeszcze dwa tomy przede mną (a kiedy wydany zostanie ostatni, trzy), ale nie będę żałowała pieniędzy wydanych na książki, bo Colleen Houck popełniła kawał dobrego czytadła.
Ponarzekałam sobie porządnie, ale mimo wszystko cieszę się, że Colleen Houck jest upartą pisarką i kiedy wydawcy odrzucili jej powieść, wydała ją na własną rękę. Nie żałuję poświęcenia całego dnia na zapoznanie się z dalszymi losami naszych tygrysów i z pewnością sięgnę po kolejne tomy, jednak powodem do tego nie będzie to, że zakochałam się w tym cyklu, tylko zwykła, książkowa ciekawość. Zwłaszcza po zakończeniu takim, jakie sprezentowała pisarka, jestem bardzo zainteresowana dalszą fabułą i chciałabym się dowiedzieć, jak pani Houck poprowadzi ten wątek. „Wyzwanie” wciągało, choć nie było świetną książką. Powiedziałabym nawet, że ledwie dobrą, ale jednak dla kogoś, kto naprawdę lubi takie klimaty, jestem zdania, że to będzie perełka. Dla mnie – jest nieźle, ale mogło być lepiej. Czy polecam? Nie wszystkim, odradzam zwłaszcza tym, którym przejadły się już te wszystkie paranormalne romanse. Ale jeśli jednak je lubicie – czytajcie śmiało! Nie powinniście się zawieść.

Cykl Klątwa Tygrysa
Klątwa Tygrysa | Wyzwanie | Wyprawa | Przeznaczenie | Tiger's Dream

poniedziałek, 22 lipca 2013

„Cień i kość”; Leigh Bardugo


Cień i kość”, amerykańskiej autorki Leigh Bardugo to jeden z największych bestsellerów młodzieżowego fantasy ostatnich lat. Książka trafiła na listę bestsellerów New York Timesa, prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a prawa do wersji filmowej wykupił sam producent filmów o Harrym Potterze. „Cień i kość” to pierwszy tom trylogii Grisza, która urzeka niezwykle barwnym światem i wciągającą miksturą przygód, magii i emocji.Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje… Alina Starkow nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić.Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju. Potęga ma jednak swoją cenę.Przemocą oderwana od wszystkiego, co jej znane, Alina trafia na dwór królewski, aby uczyć się na Griszę, członkinię władającej magią elity pod wodzą tajemniczego Darklinga.W tym pełnym przepychu świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Podczas gdy światu grozi ciemność, a całe królestwo liczy na nieujarzmioną i nieprzewidywalną moc Aliny, dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z sekretami Griszów… i własnego serca.

Oddzieleni”
Ciemność bywa zdradziecka. Będąc w niej, ślepniemy, stając się łatwymi do upolowania ofiarami dla bestii siedzących w mroku. To powód, przez który Ravka z potężnej i dumnej, stała się rozdarta i osamotniona. Fałda Cienia to pasmo mroku z okrutnymi potworami wewnątrz, bestiami czekającymi tylko na ludzi, którzy jedynie chcą przedrzeć się na drugą stronę...

Alina Starkow była zwykłą dziewczyną, która uczyła się rysowania map, ale i w tym nie była dobra... Właśnie – była. Alina wiedziała, że podróż przez niebezpieczną Fałdę zmieni jej życie, a może nawet odbierze jej je, ale tego, że odkryje w sobie rzadką, przynoszącą nadzieję moc i stanie się ze zwykłej dziewki Griszą otoczoną przez piękne suknie i same bogactwa się... nie spodziewała się. Drzemiąca w niej magiczna moc to szansa dla rozdartej Ravki, szansa na lepszą przyszłość bez Fałdy Cienia, bez kolejnych śmierci. By dokonać cudu, Alina trafia na dwór królewski, gdzie pod okiem nauczycieli uczy się władać własną magią i jak być Griszą, członkinią elity z tajemniczym Darklingiem na czele. Dziewczyna stara się nie zapomnieć o swoich korzeniach, nie zapomnieć o Malu, swoim przyjacielu, jednak świat pełen przepychu łatwo wciąga... i już nie tak łatwo wypuszcza ze swych objęć.
Wszyscy mieszkańcy Ravki czekają na swoją wybawicielkę. Czekają, aż w końcu ktoś uwolni ich z tego muru ciemności; prócz takiej odpowiedzialności, Alina ma też inne problemy... Sekrety Griszów bywają niebezpieczne. A zwłaszcza te samego Darklinga. Ale cóż zrobić, kiedy w grę wchodzą... uczucia?

Długo główkowałam, jak napisać tę recenzję, żeby nie wyglądała na samo wychwalanie książki, bo do tego to nie służy – a problem miałam wielki, bo „Cień i kość” autorstwa niesamowitej Leigh Bardugo to książka, która zostawiła mały ślad w moim serduszku. Od niedawna staram się unikać książek będących marną imitacją „Zmierzchu”, ale paranormalnym romansom nie odmawiam miejsca na mojej półce, jeśli tylko wydają się być ciekawe – ostatnio czytywałam książki bardziej fantastyczne i przygodowe, ale potrzeba było mi właśnie czegoś takiego, jak książka Leigh Bardugo: dobrego fantasy w całkowicie nowym, fantastycznym uniwersum, a nie w zwykłej ziemskiej mieścinie. Doczekałam się, przeczytałam, klęłam troszeczkę, bo drugi tom wciąż nie wydany (ale cóż się dziwić, dopiero co wydano pierwszy) i dlaczego się zakochałam – wyjaśnię zaraz.

Najbardziej zaskoczyła – chociaż raczej bardziej powiedziałabym: zszokowała – mnie jedna rzecz – umiejętności Leigh Bardugo w... tworzeniu i uniwersum, i skomplikowanych charakterów postaci. Był taki moment w trakcie lektury, w którym przez dosłownie kilka zdań całkowicie zmieniłam swoje odczucia co do pewnego bohatera książki. Z pewnością osoby, które już zapoznały się z powieścią, doskonale wiedzą, o którego bohatera mi chodzi. W zasadzie ciężko było żywić jednolite uczucia do postaci – była część Aliny, którą naprawdę polubiłam, bo tego brakowało mi w takich książkach, ale była też ta druga część, której wprost nie znosiłam. Dokładnie tym zaimponowała mi autorka – tak manewruje fabułą, że Czytelnik nie może być niczego pewien. Dzięki temu „Cień i kość” zawiera sporo zaskakujących elementów i dużą dawkę zwrotów akcji, których jakości nie powstydziłby się niejeden thriller. Trudno jednak nie wspomnieć, iż mimo faktu, że książka zostawiła we mnie jakiś malutki ślad, to nie jest to dzieło ambitne i z... hm, przesłaniem. Czytanie jej dało mi ogromną przyjemność, aczkolwiek nie znajdziemy tam żadnych mądrości życiowych typu: miłość wszystko zwycięży...

Często kiedy skończę czytać książkę, myślę sobie, co by było gdyby – gdyby ona nie zrobiła tego, gdyby on nie okazał się być taki, gdyby, gdyby... Może to zbyt pewne siebie, tak w myślach „poprawiać” książkę na swoje własne widzi-mi-się. W zasadzie robię tak z większością książek. Tutaj jednak było zupełnie inaczej – nie zawsze podobała mi się fabuła, klęłam na bohaterów nie raz i nie dwa, ale wszystko było idealnie na miejscu. Każda literka miała swoje miejsce i choć dostał mi się egzemplarz przed korektą, więc na literówki nie mam prawa zwracać uwagi, to właśnie takie odniosłam wrażenie.

Przyznaję bez bicia, że jestem miłośniczką happy endów, które często są dosyć wymuszone albo kiczowate, ale zawsze znajduje się taka perełka, gdzie to nie razi – i ja to uwielbiam. Jednakże gdyby wszystkie książki posiadały happy endy, nie byłoby tak ciekawie, prawda? „Cień i kość” Leigh Bardugo jednocześnie spełnia ten mój fetysz szczęśliwego zakończenia i nie spełnia, co wydało mi się bardzo ciekawe. To jedna z książek, przy której po zakończeniu, po ostatnich słowach ostatniego rozdziału, nie usiadłam przy starym, zniszczonym biurku i nie zaczęłam walić w nie głową, „bo jak to tak można zakończyć?!” Często tak mam, że denerwuję się niemiłosiernie na nie-takie-jakbym-chciała zakończenia, ale... „Cień i kość” jest inna – jest dopracowana w dwustu procentach i nie śmiałabym narzekać, że skończyła się tak, a nie inaczej.


Nie jestem w stanie dokładnie wyjaśnić, co mnie tak w tej powieści zauroczyło – magiczna otoczka, fantastyczna fabuła, genialnie stworzeni bohaterowie czy sam świetny i lekki styl pisania autorki. Faktem jednak jest, że „Cień i kość” to jedna z genialniejszych książek w roku 2013, która już zajęła zaszczytne miejsce na mojej półeczce chwały, tuż obok „Pieczęci ognia” Gesy Schwartz. Leigh Bardugo stworzyła całe uniwersum, mocno inspirowane kulturą rosyjską, ale to tylko dodawało klimatu. Jeśli o mnie chodzi, to całkowicie odpłynęłam podczas czytania i zapewne odpłynę nie raz, bo to kolejna pozycja, która nie jest jednorazówką i można ją czytać i czytać, i wciąż mieć z tego przyjemność. Osobiście uważam, że „Cień i kość” jest godna polecenia, ale wiadomo – gusta są różne i nie wszystkim może się ona spodobać. Mimo to dla mnie i tak będzie ona niesamowita!



Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc!