[World
War Z]
reżyseria:
Marc Forster
Nadchodzi
czas zombie. W literaturze i kinie coraz częściej sięga się do
tematyki nie tyle dystopii, apokalipsy czy katastrofalnych wizji
przyszłości, co nieumarłych. Nastała, bądźmy szczerzy,
swoista faza na rozkładające się, chodzące i
żywe trupy. Sporo już powstało o nich filmów i seriali. The
Walking Dead, jeden z nich, jest jednym z moich ulubionych
seriali, a sami zombie naprawdę mnie ciekawią, więc kiedy
natrafiłam na World War Z, wiedziałam, że to będą
dwie godziny dobrego rozpruwania flaków, strzelanin i trzymającej w
napięciu akcji. Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam. Pomyliłam
się co prawda z tymi flakami, co zaraz wyjdzie w praniu, mimo to
jednak World War Z to dwie godziny dobrej,
niezobowiązujące i czasem strasznej rozrywki.
World
War Z jest jednym z tych filmów, który może i skierowany
jest na rozrywkę, zabawienie widza pojawiającymi się nagle, wręcz
wyskakującymi z ekranu zombie, ale jest też – uwaga uwaga –
logiczny, spójny, jedno wydarzenie wynika z wcześniejszego. Wydaje
się być dopracowany w nie najdrobniejszych, ale drobnych
szczegółach. Pomimo tego, nie raz i nie dwa (ale ten drugi raz z
powodu osobistego, niekoniecznie najnormalniejszego poczucia humoru)
miałam ochotę uderzyć głową w stół, ścianę, albo co gorsza –
klawiaturę laptopa (wirusolog z Harvardu!). Uroczo zabawne wstawki
przełamywały dość... hm, nie użyłabym
słowa przerażający, jednak dość straszny
klimat. Jeśli ktoś nie przepada za postaciami nagle znikąd
pojawiającymi się na ekranie, głośnymi gwałtownymi dźwiękami i
takie efekty robią na nich wrażenie – jak w niektórych horrorach
– ten film może nawet przyprawić o stan przedzawałowy osoby
bardzo wrażliwe. Nie należę do takowych na szczęście, mimo to
parę razy serce mi stanęło, kiedy zobaczyłam ohydną twarz
zombie.
Fabuła
jest prosta – zwykły dzień kochającej się rodziny staje się
niezwykły, i to nie w pozytywnym sensie; nie wygrywają miliona w
loterii ani nic z tych rzeczy. Jadąc do szkoły/pracy nagle są
świadkami dwóch wybuchów... najpierw wybuchu samochodu, a zaraz
potem wybuchu masowej paniki, który jest dużo bardziej
niebezpieczny. Zombie, zombie wszędzie, biegające z prędkością
światła niczym dzieci z ADHD po wypiciu kawy, z tą różnicą, że
dzieci nie gryzą wszystkich... i nie zmieniają ich w zombie.
Gerry'emu Lane'owi, jego żonie i dwóm córeczkom udaje się uciec z
samego centrum paniki, co nie oznacza końca kłopotów. Pandemia
wybuchła wszędzie. Zombie są wszędzie. Świat panikuje. Gerry
Lane jest jednak byłym specjalistą ONZ, zajmował się misjami
szczególnie niebezpiecznymi. Zwolnił się, by być z rodziną, a
teraz jego umiejętności dają im szansę na przeżycie. Dla rządu
i wojska Gerry jest bardzo ważny – tylko on (właściwie dlaczego
akurat Gerry, zastanawiałam się, na to stanowisko musieli zatrudnić
kogoś nowego po jego odejściu, który mógłby misję poprowadzić;
dlaczego Gerry, ja się pytam?!) może poprowadzić misję, od której
zależeć będą losy całego świata. Gerry nie chce opuszczać
rodziny, ale tylko pod warunkiem zgodzenia się na misję, jego żona
i córki mogą zostać na chronionym statku, gdzie nic im nie będzie
groziło. To był właściwie żaden wybór dla Lane'a – zgodził
się polecieć w samo centrum pandemii.
Mamy
Brada Pitta, którego niespecjalnie lubię, z tego też powodu nigdy
nie powiem, że obejrzałam ten film tylko dlatego, że gra tam Pitt.
Jednak jest on aktorem dobrym, solidnym i naprawdę sprawdził się w
roli byłego specjalisty ONZ od misji w miejscach niebezpiecznych,
Gerry'ego Lane'a. Nie znam się na aktorstwie tak dobrze, by oceniać
to, jak zagrał pod względem technicznym. Dla mnie, szarego
kinomaniaka, wypadł dość prawdziwie i według mnie dobrze się
spisał w tej roli. Bądźmy szczerzy, pacnięcie paru zombie
siekierką, przejście korytarzem like a boss i
pilotowanie samolotu to niezbyt trudne zadanie (a może ja się nie
znam). Postać Gerry'ego Lane'a jest jednak dużo głębsza; gość
ma rodzinę, chce jej bronić, nie chce iść na misję, której
powodzenie nie jest pewne. Brad Pitt nieźle uchwycił to wahanie
między pójściem a niepójściem – z jednej strony dzięki temu
jego rodzina ma szansę zostać w bezpiecznym miejscu, na chronionym
statku, z drugiej Gerry nie chce jej opuszczać... znów. To nie była
łatwa rola.
Wspomnieć
jestem zmuszona o ścieżce dźwiękowej. W filmach jedyną piosenką,
którą jestem zainteresowana, jest ta podczas napisów końcowym –
w środku filmu rzadko słychać (albo i ja nie słyszę) muzykę. A
zwłaszcza w takim World War Z, gdzie co i rusz ktoś
krzyczy, zombie kłapie zębami, panuje ogólna panika, etc. A
jednak! Nie będąc na filmie w kinie, nie czekałam do napisów
końcowych jak mam w zwyczaju, i tak jednak usłyszałam naprawdę
genialnie wkomponowane utwory. Isolated System Muse
zdobył moje serce już przy początkowych scenach. Nie słyszałam
jeszcze takiego typu kawałków w takich filmach –
i wiecie co? Chciałabym usłyszeć więcej. Klimat, który budują,
jest niepowtarzalny.
Pod
względem fabularnym nie jest to najlepszy film o zombie. W ogóle
nie jest to najlepszy film. Trzeba jednak przyznać, że trzyma
poziom i zrealizowany został naprawdę dokładnie. Technicznie jest
nienagannie – sceny wewnątrz muru są niesamowite i takie efekty
trudno będzie pobić. Reżyser nie szczędził budżetu na efekty
specjalne, których jest mnóstwo w World War Z –
od zombie, które nie są tak senne i powolne jak chociażby w The
Walking Dead, przypominają raczej maratończyków po piętnastu
filiżankach kawy, po widowiskowe wybuchy i miejsca (Jerozolima!).
Mniejszą rolę odgrywała obsada, ktoś kompletnie nieinteresujący
się filmami wiedziałby jedynie, że gra tam Pitt. I nawet w filmie
adoptuje dzieci. Ogólnie klasyfikuję World War Z jako
dobry, ale rozrywkowy film akcji. Nawet chętnie powtórzyłabym
seans – niebanalny pomysł i świetne wykonanie naprawdę zachęcają
do powtórnego oglądania, nawet jeśli film nie jest bez wad.