Książki
skierowane do młodzieży ostatnio stają się do siebie łudząco
podobne. Mamy albo romans z paranormalnymi istotami, skierowany
raczej do damskiej części publiczności, albo – czego jest
zdecydowanie mniej, ku mojej rozpaczy – typową książkę
przygodową dla i dziewczyn, i chłopców. I właściwie tych
oryginalnych, o nietypowej tematyce pozycji, jest coraz mniej.
Przeczytałam już tak dużą liczbę książek, że po prostu
kolejne rozterki zakochanych nastolatek zwyczajnie zaczynają mnie
nudzić. Schematyczność po prostu sprawia, że mam ochotę rzucić
książką o ścianę i przydeptać ją jeszcze, ale z szacunku do
nich powstrzymuję się. Niewiele osób pisze powieści o wojnie, a
tym bardziej o wojnie, której historia skierowana jest właśnie nie
do dorosłych czytelników, a do młodzieży. John Marsden obrał
temat dosyć ciężki w moim mniemaniu do opisania, lecz dał sobie
radę – i tak powstała bestsellerowa seria Jutro,
opowiadająca historię kilku dzieciaków, które nagle znalazły się
w samym centrum wojny.
Niewielu
już zostało. Wydawałoby się, że Ellie, Lee, Homer, Fi i Kevin
doznali cudu; Nowozelandczycy wybawili piątkę nastolatków i
przetransportowali ich, zmęczonych, zamkniętych w sobie,
przerażonych, do bezpiecznego miejsca, gdzie co prawda ciągle
rozmawia się o wojnie, ale chociaż jest tam wygodne łóżko,
ciepłe posiłki i gorące kąpiele. Musieli z beztroskich
nastolatków stać się odpowiedzialnymi ludźmi i dokonywać często
bardzo trudnych wyborów. Już nie muszą. Mają opiekę psychologów,
mogą spać, ile chcą, mają zapewnioną opiekę medyczną i
posiłki. Jednak wydarzeń z Zatoki Szewca nie są w stanie tak po
prostu zapomnieć. Ani tego, że ich rodziny są tam gdzieś, w
Wirrawee, przetrzymywani przez najeźdźców albo już nawet... nie
żyją.
Poddani
opiece psychologów i wielu terapiom, w ciepłym domu, nie wiedzieli,
co ich czeka. Wracamy. Jedno słowo, a zmieniło
wszystko. Ellie, Homer, Lee, Fi i Kevin mają za zadanie poprowadzić
oddział wyszkolonych żołnierzy przez tereny Wirrawee, gdzie mają
przeprowadzić sabotaż. Brzmi pięknie, ale to trudna do wykonania
misja. Wszyscy wiedzieli, że na pewno ktoś umrze, że wszystko może
pójść nie po ich myśli, że w jednej chwili wszystko może pójść
na marne. Lecz tego, co się stało, nawet nie byli sobie w stanie
wyobrazić. Pozostało im jedno: nadzieja, że jutro nadejdzie.
Brakowało
mi trochę tego stylu Johna Marsdena, lekkiego i przyjemnego, ale
nie zbyt – w końcu o tak poważnych wyborach,
jakich podejmują bohaterowie powieści, trudno czytać z
przyjemnością. Mimo że seria „Jutro” nie należy do
najweselszych i najlżejszych, bardzo ją lubię. Może czytanie jej
nie sprawia, że potem cały czas filozofuję nad sensem życia, ale
i tak zapada ona w pamięć. Nie tak jak najeźdźcy zaczyna okupować
mózg, lecz jest gdzieś tam, zakorzeniona i czasem daje o sobie
znać. Myślę że to głównie przez bohaterów. Ellie ma początku
tego tomu była nieznośnie irytująca, ale przynajmniej
psychologicznie prawdziwa. Trudno zachowywać się jak gdyby nigdy
nic się nie stało, kiedy stało się... bardzo wiele. Postacie od
samego początku były głównym atutem książki. Są różne,
nietuzinkowe, a mimo to i tak się przyjaźnią. Widać, że każdy
charakter został stworzony od podstaw, że każda postać jest
dokładnie skonstruowana i bardzo... prawdziwa. Prawie że realna.
Jako
kontynuacja, czwarty już tom serii Jutro, książka trzyma
poziom poprzednich części. Nie powiedziałabym, że jest lepsza,
ale gorsza nie jest na pewno. Przy czym jej objętość jest mała,
mniej więcej taka, jak poprzednich tomów, więc osoby bojące się
cegiełek nie muszą się martwić. Ma małą objętość, jak
powiedziałam, ale treści John Marsden zmieścił dużo. Oj, dzieje
się w tym australijskim Wirrawee! Niby niepozorne miasteczko, ale
właśnie tam trwa najzacieklejsza walka z najeźdźcami. Przyjaciele
mroku będą chyba moją ulubioną częścią. Nie ma tam takich
wybuchów jak z Zatoki Szewca, nie ma tak wielkich poświęceń, lecz
coś w tym tomie przyciąga, nie pozwala się oderwać od czytania
przed poznaniem zakończenia, coś zapada w pamięć. Nie wiem, czy
na miejscu Ellie wróciłabym do okupowanego rodzinnego miasta – a
oni wrócili, ba!, walczyli o swoje miasto, swój kraj. Wbrew
pozorom, Przyjaciele mroku to nie tylko książka o wojnie,
ale o dorastaniu i o braniu odpowiedzialności za swoje czyny.
Jak
zwykle John Marsden zaskoczył niezaskakującą fabułą. Niby
wszystko było tak jak w poprzednich częściach i wiedziałam, czego
się spodziewać, ale i tak historia piątki – już tylko piątki –
dzieciaków zaskakuje. Zawsze, w każdej, dotychczas przeze mnie
przeczytanej, części. To świetna odskocznia od wszechobecnej
fantastyki i polecam całą serię głównie młodzieży, bo do nich
właśnie jest ona skierowana. Przeczytajcie i poznajcie Ellie, Fi,
Homera, Lee i Kevina, którzy muszą na co dzień mierzyć się z
wyborami, z jakimi my nigdy nie będziemy się mierzyli. Polecam dla
każdego, nieważne, jaki gatunek lubi. W Jutrze znajdzie się
miejsce i na akcję, i na romans. :)