Na blogu można wynurzać się i zwierzać, więc tym samym pragnę się do czegoś przyznać. Gdybym nie była w szkole zmuszona do przeczytania dwóch nowel z Dekameronu, gdybym nie wiedziała już wcześniej, cóż to za cykl nowel, pewnie przeszłabym obok niego obojętnie. I popełniłabym ogromny błąd, przed którym chciałabym uchronić i Was - Dekameron jest czymś absolutnie fenomenalnym i niszczącym stereotyp, że skoro stare, to pewnie sztywne i nudne, i będzie się wlekło jak Krzyżacy w gimnazjum. Nic bardziej mylnego!
Sam
tytuł, Dekamore, oznacza dosłownie dziesięć dni,
bowiem akcja obejmuje dokładnie taki okres (właściwie to czternaście dni, ale tylko w ciągu dziesięciu tytułowych opowiadane są historie). Każdego dnia, dla
zabicia czasu w odseparowanej, położonej daleko od innych domostw
wiejskiej rezydencji, grupa florentyńczyków opowiada sobie
historyjki. Znaleźli się tam, by uciec przed panującą w tamtym
czasie czarną zarazą, dżumą, która zbierała swoje obfite żniwo
wśród wszystkich - i chłopów, i szlachetnie urodzonych. Siedem
panien i trzech panów zabawia się, opowiadając każdego dnia po
historii. Każdego z dziesięciu dni poznajemy dziesięć historii,
które mają formę nowel. To właśnie sprawia, że mimo że
Dekameron jest spójną całością, nie trzeba, ba!, nie radziłabym
nawet, czytać go w całości na raz.









