Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Wilga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Wilga. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

„Numery: Przyszłość”; Rachel Ward

NUMERY: PRZYSZŁOŚĆ, Rachel Ward

Jest rok 2029. Adam, Sara i mała Mia są wreszcie razem, ale ciągle uciekają. Wyczuwają wokół siebie rosnące zagrożenie. Adam widzi w oczach ludzi numery – daty śmierci. Mia ma także dar. Podczas pożaru zmieniła swój numer. Czy to znaczy, że może każdemu ukraść jego numer i życie? Co będzie, gdy znajdzie się ktoś, kto chciałby żyć wiecznie.


Złodziej żyć”
Jem widziała numery – daty śmierci – w oczach ludzi. Jej syn Adam odziedziczył po niej tę zdolność, dodatkowo jednak mógł zobaczyć powód śmierci. Sara miała sny związane z przyszłością, wizje niedalekiego Chaosu. Czy Mia potrafi kraść numer każdemu? Jaki dar będzie miało jeszcze nienarodzone dziecko Sary? „Numery: Przyszłość” odpowiedzą na to pytanie.
Po ucieczce i chaosie można już tylko czekać, co przyniesie przyszłość. Adam i Sara dwa lata po wydarzeniach z „Chaosu”, mieszkają w lesie i ciągle uciekają; nie mogą zaznać spokoju. Wśród ocalałych z katastrofy chłopak jest uważany za bohatera, który ostrzegł ich przed końcem świata. Ludzie przetrwali, ale miasta są w rozsypce. Wszyscy żyją w lasach, osadach, budują obozy, mieszkają w cudem ocalonych gospodarstwach. Anglia jest niebezpiecznym miejscem w tych czasach. I Adam dobrze o tym wie.
Sara nie chce już uciekać. Jej brzuch ciągle rośnie i niedługo urodzi, ponadto musi opiekować się małą Mią. Kiedy już znaleźli schronienie na dłużej i przyjaciół, władze upominają się o Adama. Chcą stworzyć lepsze państwo – tak się tłumaczą, tylko czy na pewno? Saul jest bezwzględny i zrobi wszystko, by zwabić „bohatera” do swojej siedziby. Zagadką pozostaje mała Mia – czy potrafi kraść życie, numer, każdemu? Czy to oznacza, że życie wieczne jest możliwe? Czy Sara, jej ukochany i dwie córeczki – w tym jedna nienarodzona – odnajdą spokój w takich niebezpiecznych czasach?
Numery: Przyszłość” zostały zepsute przez Rachel Ward. W moim odczuciu trzecia część tej niesamowitej trylogii pisana była, byleby tylko zakończyć całą historię i zarobić jak najszybciej więcej pieniędzy. Sam pomysł na widzenie dat śmierci był niesamowity – wspominałam o tym nie raz. Intrygują mnie takie rzeczy i dlatego seria wywarła na mnie duże wrażenie. Wrażenie, które trzeci tom zepsuł bezpowrotnie. Już do końca będę czuła niedosyt, bo zakończenie tej historii jest chyba najgorsze z możliwych. Nie chcę bardzo krytykować książki, ponieważ posiada również zalety, ale dla mnie na pierwszy plan jednak wysunęły się wady.
Przede wszystkim rzucił mi się w oczy brak pomysłu na fabułę. Z początku zaczęło się ciekawie – Adam jest bohaterem dla wielu ludzi; razem z Sarą obozują w lesie, bowiem w pewnym sensie nastąpił koniec świata i większość miast zostało zniszczonych. Jednak w momencie, w którym do ich pozornie spokojnego życia na uboczu wkracza Saul, wszystko się sypie. Potem „Numery: Przyszłość” tracą obecną od pierwszego tomu magię. To już właściwie nie to samo, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno pisała to ta sama Rachel Ward, która wprowadziła mnie w świat Jem i Pająka, Adama i Sary. Przez ten nieszczęsny ostatni tom cala seria straciła w moich oczach. I czasem nudziła. Ale być może tylko wyolbrzymiam fakty.
Nie chcę przedstawić „Numerów” jako ogromny zbiór wad. Wtedy powinny być zatytułowane „Jak nie pisać książek”. Moje nadzieje się ziściły i znalazłam kilka światełek w tunelu. Najważniejszym dla mnie był styl autorki – nadal prosty w odbiorze i bardzo młodzieżowy, jednak tym razem nieco dojrzalszy; ten styl potrafi trafić do czytelnika. Podobały mi się również zmiany narracji. Tak jak w poprzednim tomie, rozdziały pisane są z perspektywy Adama i Sary.
Jeśli chodzi o trylogie, zauważyłam pewną prawidłowość w większości – co nie znaczy we wszystkich – tego typu seriach. Pierwsza część jest zaledwie wprowadzeniem do fabuły, druga zazwyczaj cichnie i nie ma fajerwerków, trzecia zaś... W trzeciej części autorzy zazwyczaj wspinają się na wyżyny swoich pisarskich umiejętności. I jest świetnie. „Numery” wychodzą poza znany mi schemat. Pierwsze dwa tomy są niesamowite, ostatni psuje ogólne wrażenie.
Z treścią „Numerów: Przyszłość” radziłabym zapoznać się jedynie naprawdę wielkim, wielkim miłośnikom Rachel Ward. Naciągana fabuła i okropne zakończenie, którego wolałabym nie znać, raczej nie spodobają się każdemu. Lepiej w wyobraźni dopisać swój własny epilog. Po tej książce nie spodziewajcie się fajerwerków.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Wilga! :)

PS Byłam na Igrzyskach Śmierci! Film genialny, niewiele scen pozmieniano. Kto nie był, to raz-dwa do księgarni po trylogię, a potem do kina! ^^ Niedługo opiszę swoje wrażenia. Forever Team Haymitch <3.

sobota, 31 marca 2012

„Niepokój”; Maggie Stiefvater

NIEPOKÓJ, Maggie Stiefvater
Współczesna powieść o wilkołakach? Tak! A w niej nowi bohaterowie, wielka miłość, która musi pokonać wszelkie przeszkody, wielka przyjaźń i prawdziwe poświęcenie.
Nadchodzi wiosna. Sam jest człowiekiem, ale tym razem to z Grace zaczyna się dziać coś dziwnego. W dodatku rodzice próbują ją rozdzielić z Samem – skupieni jak zwykle tylko na sobie, nie zwracają uwagi na to, jak bardzo ranią córkę. Isabel po śmierci brata zaprzyjaźnia się z Grace. Po długiej zimie w domu Sama pojawia się nowy wilk, Cole – niepokojący gość, który odmienia życie każdego z nich.
Nie wiedziałam, że istnieje tyle różnych sposobów na to, żeby powiedzieć żegnaj...”

Sposoby mówienia żegnaj”
Pogoda potrafi płatać figle – choćby w tej chwili, kiedy łudziłam się, że wiosna zagościła już na dobre, zaczął padać śnieg. Ale chyba największe figle zima płata wilkołakom z małego miasteczka Mercy Falls. Kiedy nadchodzą mrozy i śnieg, zmieniają się oni w wilki. Nie mogą nad tym panować. Kiedy zaś nadchodzi wiosna, odzyskują ludzką postać i świadomość. Tylko latem naprawdę mogą być sobą. Bez strachu, że mróz ponownie odbierze im człowieczeństwo. Ale z czasem przemiany następują coraz później i później, aż w końcu wilkołaki stają się wilkami. Już na zawsze.
Sam w końcu stał się człowiekiem na dobre. Przyzwyczaja się do nowej sytuacji bardzo powoli – chłód nadal powoduje strach, oczekiwanie na przemianę, która koniec końców nie następuje. Teraz to z Grace dzieje się coś niepokojącego. Wysoka temperatura, ciągłe krwawienie z nosa, zapach wilka... Ta choroba to z pewnością nic dobrego. Ich związek nie podoba się rodzicom Grace; dotychczas skupieni wyłącznie na sobie, pozostawiali dziewczynę na całe dnie samą w domu. Nagle, z dnia na dzień, zaczęli interesować się życiem córki bardziej niż kiedykolwiek.
Pojawia się też nowy wilk – Cole. Odmienia życie wszystkich, i nie zawsze w dobry sposób. Jest niepokojący, a jego przeszłość – mroczna i niekoniecznie wesoła. Z kolei Isabel nie załamuje się po śmierci brata, tylko staje się coraz bardziej cyniczna i okrutna. Jest to opowieść o współczesnych wilkołakach, nastoletniej miłości i wielkiej przyjaźni, magicznie napisana i nie wypuszczająca ze swoich szpon do ostatniej kartki.
„Niepokój” autorstwa Maggie Stiefvater był wyczekiwaną przeze mnie kontynuacją „Drżenia”. Po niesamowitej i bardzo klimatycznej części pierwszej, wiele oczekiwałam od drugiego tomu. Pisarka mnie nie zawiodła, bowiem losy Sama i Grace, a także Isabel i Cole'a, pochłaniałam z wypiekami, żądna więcej, jeszcze więcej. Niestety, przyszedł czas przeczytania ostatniej strony; mówiąc szczerze, zawiedziona byłam jedną jedyną rzeczą: że nie mogę chwycić w łapki „Ukojenia” – części trzeciej – i w końcu dowiedzieć się, jak się kończy ich historia. Owacje na stojąco należą się również tłumaczce, gdyż to tłumaczenie jest istnym dziełem sztuki; wciąga i nie pozwala się wyrwać z Mercy Falls.
Akcja z początku płynęła wolno, ale z czasem, z każdą stroną, nabierała prędkości. Spodziewałam się, jak będzie wyglądał punkt kulminacyjny. Kiedy tylko opisane zostały objawy tajemniczej choroby Grace, wiedziałam, co prawdopodobnie się stanie. Nie było to już takie tajemnicze. Mimo to nadal czerpałam przyjemność z drobnych zaskoczeń – jak przykładowo niewielka zmiana charakteru głównej bohaterki, na dużo lepsze, choć jej rodzice sądzą chyba inaczej. Fabuła została naprawdę dopracowana, ale drażniła mnie jedna rzecz – wydawało mi się, że Maggie Stiefvater czasem ma czytelników za głupków. Sam dokładnie widział, do czego prowadzi choroba Grace, wiedział, musiał wiedzieć, co się dzieje, a udawał, że żadne objawy: bóle brzucha, ciągle lecąca krew z nosa, czy nawet to, że Grace zaczynała pachnieć wilkiem, nie miały miejsca. Uwielbiam Sama, to moja ulubiona postać z tej trylogii, ale tym razem zachował się okropnie.
Tym razem narratorami byli nie tylko Sam i Grace, ale też Isabel i nowa, bardzo intrygująca postać: Cole St. Claire. Zmienne narracje były ogromnym plusem – mogłam poznać sytuację nie tylko oczami naszych gołąbków; mogłam dowiedzieć się o przeszłości Cole'a i poznać powody, dla których chłopak pragnie utracić siebie. Maggie Stiefvater opisała jego historię bardzo prawdziwie i realistycznie, ale czasem ta chęć utraty swojego „ja” wydawała mi się przerysowana. Niemniej jednak postać Cole jest dużym plusem dla książki. Bez niego to już nie byłoby to samo. Zmienił życie wszystkich – od stoickiego Sama, po cyniczną i okrutną Isabel. Najmilej jednak wspominam przyjaciółkę Grace, Rachel. Bawiło mnie nazywanie Sama Chłopakiem i jej wszystkie komentarze. Była najbardziej pozytywną postacią w całym „Niepokoju”.
Powieść cieszy nie tylko wyobraźnię, ale też oko. Idealna wielkość czcionki i utrzymana w poprzednim stylu, magiczna okładka to coś, co jest kolejną zaletą. Zastanawiałam się tylko, czy dziewczyna w płaszczu i z papierowym żurawiem to Isabel czy Grace, ale raczej ta druga, zważając na to, że to chłopak Grace składał ptaki origami.
Książkę wspominam bardzo dobrze. Maggie Stiefvater pisze ciekawie i barwnie, a przede wszystkim – w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury. Niewiele jest książek, z którymi potrafię chodzić gdzie się tylko da i nie funkcjonować normalnie, dopóki nie skończę. Co z tego, że po skończeniu będę musiała czekać jakiś czas na kolejną część. „Niepokój” to przede wszystkim romans paranormalny, ale nie jest przerysowany. Znajdzie się też miejsce na nagłe zwroty akcji, krew czy smutną przeszłość. Podsumowując, „Niepokój” Maggie Stiefvater to niesamowita książka.
Polecam głównie czytelniczkom (czytelnikom również, o ile się tacy znajdą), którym pierwszy tom się spodobał, a osoby zainteresowane tą pozycją odsyłam do recenzji „Drżenia”. Żeby w pełni zrozumieć drugi tom, trzeba najpierw poznać pierwszy.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Wilga! :)

sobota, 20 sierpnia 2011

„Deklaracja”; Gemma Malley


Ludzie nie powinni żyć wiecznie”

Książki o tematyce antyutopijnej zaatakowały księgarniane półki: „Igrzyska śmierci”, „Dobrani”, „Neva”... Jedną z pierwszych takich pozycji jest „Deklaracja” Gemmy Malley – opowieść o świecie w bardzo dalekiej przyszłości, o ludziach żyjących wiecznie i okrutnej Władzy. Ale od początku.
W roku 2140 wynaleziony został lek Długowieczności, tak więc osoby, które podpisały Deklarację, nie starzeją się. Co za tym idzie, jeśli rodzą się dzieci, na świecie jest za dużo ludzi! Toteż w Deklaracji zakazano kategorycznie mieć potomstwo. Jedynie pięć największych szych może i żyć wiecznie, i posiadać jedno dziecko. Reszta synów i córek jest nielegalna. Są nadmiarami. Taką właśnie dziewczyną jest Anna – uczy się pilnie w Grange Hall, by być wartościowym zasobem i służyć komuś legalnemu. Jednak po tylu latach pracy nad sobą wszystko burzy nadejście nowego nadmiaru o imieniu Peter. Jest inny – wie o świecie na Zewnątrz, mówi, że zna rodziców Anny. Sęk w tym, że ona ich nienawidzi całym sercem za to, że sprawili jej taki los; w murach Grange Hall karą są izolatki i bicie, a nadmiary często chodzą z pustymi brzuchami albo posiniaczonymi twarzami. Peter podpadł na samym początku; nie spuszczał wzroku, dyskutował niegrzecznie z instruktorami... A Anna zaczęła mu powoli wierzyć. W to, że rodzice jej szukają i wysłali po nią Petera, że Deklaracja jest zła i że istnieje ruch oporu przeciw niej, zwany Podziemiem.
Czy Anna zgodzi się uciec z Grange Hall pod osłoną nocy, by poznać swoich rodziców? Czy w ogóle uwierzy Peterowi w jego „niestworzone” według niej historie? Czy zazna życia bez nieustannego poniżania i usługiwania, bez izolatek i nieludzkich kar? W „Deklaracji” dowiecie się tego i jeszcze więcej – o tym, że ludzie nie powinni żyć wiecznie, że to nie dzieci zawiniły, tylko dorośli. Że taki świat nie jest idealny. Nie ma młodzieży. Nie ma śmiechu dzieci. To jest okropne. I przerażająco realne, mimo że nie wiadomo, czy wynajdą lek na wieczne życie. Jednakże ta wizja przyszłości jest prawdziwa. Naprawdę.
Nie spotkałam się dotychczas z Gemmą Malley, toteż byłam ciekawa wszystkie – fabuły, stylu pisania... Cieszę się, że się nie zawiodłam. Autorka pisze lekko i prosto, łatwo w zrozumieniu, a przy tym wspaniale opisuje wszystko. Miałam przed oczami surowe, szare mury Grange Hall, straszne wnętrze pełne ponurych nadmiarów. Naprawdę mi się spodobała książka. Ciągłe zwroty akcji, zaskoczenia co kilka kilka stron. I stopniowe poznawanie tajemnic bohaterów. „Deklaracja” zakończyła się jakby była tylko jednym tomem – Gemma Malley natomiast napisała trylogię o swojej wizji przyszłości.
Może to dziwne, ale nie polubiłam Anny. Była zbyt... dumna, można rzec. Ciągle obnosiła się z tym, że dyrektora ją „lubi”, że jest prefektem. Nie podobało mi się to. Peter zaś był bardzo sympatyczny, ale rozgadany i czasem nieumyślny – ciągle trafiał do izolatki. Jednak po skończeniu lektury dowiedziałam się, po co ta cała maskarada była potrzebna. Najbardziej zadziwiła mnie pani Pincent, dyrektorka Grange Hall. Z początku niemiła i bezuczuciowa, zyskała w moich oczach, kiedy poznałam jej ogromną tajemnicę.
Gemma Malley stworzyła przerażająco prawdziwą wizję dalekiej przeszłości. „Deklaracja” to chwila odprężenia, ale nie tylko – podczas czytania rozmyśla się, co by było gdybyśmy my żyli tak, jak bohaterowie książki. W szarych murach Grange Hall, gdzie nie ma litości. Gdybyśmy nie znali życia na Zewnątrz. Gdybyśmy byli nielegalni...
Pozycja ta bardzo mi się podobała – zarówno pod względem pomysłu, jak i wykonania. Choć czasem, ale bardzo, bardzo rzadko, niektóre wydarzenia były przewidywalne, to i tak była to świetna książka. Pełna zwrotów akcji i zaskakujących zdarzeń. Sądzę, że spodobałaby się głównie fanom antyutopii, choć inni też powinni w niej dostrzec wartościową lekturę. Warto przeczytać „Deklarację”, by poznać okrutne życie Anny. To książka o poświęceniu i niebezpieczeństwach pozornie idealnego świata. Jest naprawdę godna polecenia.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Wilga!

piątek, 15 lipca 2011

„Numery. Chaos”; Rachel Ward

Przed numerami nie ma ucieczki”

Co by było, gdybyś miał przerażające wizje katastrofy albo w oczach tysięcy londyńczyków widział te same numery, tą samą datę śmierci? Ratowałbyś siebie czy próbował uratować mieszkańców? Adam Dawson wie, że coś się święci, coś dużego. Podobnie jak Sara, dziewczyna miewająca niesamowicie realistyczne koszmary. Oboje są świadomi nadciągającej nad Londyn zagłady, w której większość mieszkańców umrze. Pożar, walące się budynki, panika... To wszystko spełni się pierwszego stycznia 2027 roku.
Wszystko zaczęło się zwyczajnie – Adam i jego babcia Val musieli się przeprowadzić do Londynu w wyniku powodzi, choć chłopakowi nie podobało się to. Wkrótce potem dostaje on list od nieżyjącej matki, w którym kategorycznie zabrania wyprowadzki. To właśnie po niej odziedziczył widzenie numerów i teraz większość osób to „dwudziestki siódemki”. Jem pisała, że też je widziała, i też ją to niepokoiło. Teraz Adam wie, że to nie przelewki i trzeba zrobić coś, by oszukać numery, oszukać przeznaczenie.
Sara z kolei ma sny, prorocze wizje w postaci koszmarów. Od roku zawsze to samo – pożar i ten potwór, który zabiera jej dziecko i wynosi je w ogień; pamięta jego twarz, która jest naznaczona okropną blizną z jednej strony. W kolejnej szkole, do której się dostaje, bo z poprzednich wydalono ją, spotyka ucieleśnienie swoich koszmarów. To ten sam chłopak ze snów, tylko dziwne dla niej jest, że nie ma blizny. I nie wydaje się znowu taki zły. Chociaż... pozory często mylą.
Ich losy się spotykają. Oboje znają datę pierwszego stycznia 2027. Sara będzie musiała zaufać Adamowi i odkryć swoje najgłębiej ukrywane tajemnice. W staraniach uratowania obywateli pomoże im Val, kobieta, która widzi aury ludzi.
Chłopak, który zna daty śmierci wszystkich prócz siebie samego. Dziewczyna widząca przyszłość w snach. I starsza kobieta rozpoznająca aury otaczających ją osób. Oto główni bohaterowie książki „Numery. Chaos” autorstwa Rachel Ward. Każdy z nich ma swoje życie, ale tą trójkę łączą dziwne zdolności, nadnaturalne, można by rzec. Nie dosyć, że autorka stworzyła bliską i bardzo prawdziwą przyszłość, to ponownie zaskoczyła mnie pod względem prawdziwości swoich postaci. Sara ma problemy, o ile można tak to ująć. Pani Ward nadal trzyma się tematu ludzkiej śmierci, ale sięgnęła też po coś zdecydowanie kruchszego i delikatniejszego, co – nie oszukujmy się – zdarza się na całym świecie. Nie zdradzę, co to; powiem jedynie, że nie jest to ciąża Sary.
Ponownie od pierwszej strony porywa nas ciąg wydarzeń, wpadamy w wir słów, między atramentowe litery. Niemal od razu poznajemy bliżej sytuację panującą na Wyspach Brytyjskich. Przyszłość nie jest taka kolorowa. Wojny, wybuchy wulkanów, powodzie... To nie jest lepszy świat. Każde dziecko po narodzinach musi zostać zaczipowane, by w razie ucieczki móc je znaleźć. Chyba niewielu osobom podoba się taki obrót wydarzeń. Nie można już mieć prywatności w nowym świecie.
Czytając końcowe wydarzenia, miałam lekkie wrażenie, że autorka obejrzała trochę za dużo filmów katastroficznych, traktujących o końcu świata. Opisanie tego wyszło jej nieźle, ale jakaś część mnie krzyczała, że to przecież nie jest możliwe! Mimo wszystko podobało mi się to. Wszystko. Zachowanie Adama i Sary, odwaga Val i naprawdę świetnie oddana panika wśród londyńczyków. To wszystko – wszystkie te atuty i drobne wady, na które nie zwraca się większej uwagi – składa się na „Numery. Chaos”.
Kontynuacja pierwszej części trzyma ten sam poziom i nie jest ani lepsza, ani gorsza. Jest za to zupełnie fantastyczna, obrazująca nam niedaleką przyszłość. A może... może tej przyszłości nie będzie i mówienie o końcu świata to prawda? Może wszyscy mamy w oczach datę dwudziestego pierwszego grudnia 2012?
Ponownie mogę polecić kolejną zasługującą na to książkę. „Numery. Chaos” to wspaniałe dzieło Rachel Ward, które ciągle trzyma w napięciu. Jedna strona zmienia się w rozdział, a później nie można przestać czytać. Polecam.
Teraz wystarczy czekać na trzecią część, w której – o ile moje przypuszczenia się sprawdzą – główną bohaterką będzie Mia, a ją poznacie już w tej części. Jakie ona będzie wykazywała zdolności?...

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Wilga!

czwartek, 14 lipca 2011

„Numery”; Rachel Ward

Numery są wszędzie”

Krótkie opowiadanie Rachel Ward, które otrzymało lokalną nagrodę pisarzy na Festiwalu Frome w Anglii, dzisiaj jest pierwszym rozdziałem trzymającej w napięciu powieści dla młodzieży. „Numery” zdobyły już serca wielu czytelników i wiele razy były wyróżniane i nominowane do różnych nagród, między innymi do Waterstones Children's Book Prize; książka umieszczona została również na liście Booktrust Teenage Book Prize. W sumie nie dziwię się temu, bowiem mogę od razu powiedzieć, że i ja pochłonęłam błyskawicznie tą niezwykłą historię.
Przekleństwem piętnastoletniej Jem są numery – nie te, które widujemy codziennie, na opakowaniach różnych produktów czy w gazetach – ale te ukryte głębiej, które chyba tylko ona potrafi dostrzec. Daty naszego końca, daty śmierci. Nic nie może ich powstrzymać. Dziewczyna nie ma łatwego życia, które po śmierci matki z przedawkowania narkotyków stało się piekłem. Wagaruje, unika towarzystwa jakichkolwiek ludzi, nawet przybranej matki. Jak powiada: „Wszystko jest gówno warte”. Nie obchodzi jej szkoła ani to, że ma problemy, chce tylko nie patrzeć ludziom w oczy, by nie ujrzeć numerów. Ale one zawsze są.
Pająka poznaje w swoim ulubionym miejscu, gdzie zwykle przeczekuje lekcje. Uparcie go ignoruje, ale chłopak się nie poddaje. Nie wiadomo kiedy, zaprzyjaźniają się. Jem poznaje jego babcię Val, która dzięki jej aurze wie, że dziewczyna widzi więcej. Ta tylko zbywa ją niegrzecznie i nie zamierza wracać do tematu. Kiedy oboje z Pająkiem udają się do centrum Londynu, nic jeszcze nie zapowiada katastrofy. Aż w końcu przypadkowo patrzy w oczy kilku osobom stojącym w kolejce na London Eye – wszyscy mają tę samą datę, takie sama numery. Po chwili uświadamia sobie, że to dzisiejsza data, że dzisiaj wydarzy się katastrofa.
Odciąga Pająka stamtąd i wtedy stają się świadkami ataku terrorystycznego. Oboje mieli już raz przechlapane z policją, więc mundurowi pewnie będą wiedzieć kogo szukać. Rozpoczyna się ucieczka w nieznane, ukrywanie się przed ludźmi, walka o przetrwanie. Jem i Pająk chcą zacząć nowe życie, inne niż dotychczas. Lepsze. Czy im się uda?
Świadomość śmierci jest rzadkim tematem powieści. Rachel Ward podjęła się go i wyszło jej to wspaniale i nadzwyczaj ciekawie. Motyw widzenia numerów jeszcze nigdy nie pojawił się w książkach, a przynajmniej ja nie czytałam żadnej pozycji traktującej o tym. Tak więc „Numery” są ogromnie oryginalną lekturą dla młodzieży, a dodatkowo jeszcze wciągającą i ciekawą. Podczas czytania, mimo że usypiałam (a było to w nocy, kiedy nadal próbowałam rozpoznawać poszczególne litery), ciągle powtarzałam: „Jeszcze tylko strona; jeszcze może tylko do końca rozdziału...”, tak bardzo wczułam się w losy bohaterów.
Umiejscowienie akcji w Londynie było dobrym pomysłem. Teraz, kiedy ciągle czytamy o amerykańskich miasteczkach, zapomnianych przez Boga, realia tłocznego Londynu bardziej przyciągają. O samej akcji też można wiele powiedzieć – ciągle mknie do przodu, a z każdą stroną chce się więcej. Zakończenie z kolei było przewidywalne od samego początku, a mimo to pragnęłam cały czas, by się zmieniło.
Autorka wiernie oddała realia świata nastolatków, którzy byli... „gorsi”, można rzec. Wychowywanie się z ćpającą matką, a potem wędrowanie od jednej rodziny do drugiej trwale zostawiły ślad w Jem; z pewnością nigdy tego nie zapomniała i nigdy nie zapomni. Uświadomiłam sobie jednak – już po przeczytaniu – że czasem brakowało logiki. Nie zwracałam uwagi na wady podczas lektury, teraz jednak chce je wyłuszczyć. Zastanawiałam się, dlaczego główni bohaterowie od razu uciekali przed policją, czemu nie dali się przesłuchać. Przecież atak terrorystyczny nie był ich winą. I przekleństwa. Ich było mnóstwo, za dużo jak na mój gust. Mimo to są to jedyne ubytki w fabule i wykonaniu, jakie dostrzegłam. Poza tym, „Numery” pochłania się w jeden dzień.
Nie chciałabym widzieć numerów. Nie chciałabym żyć ze świadomością, że bliscy mi ludzie umrą kiedyś. Ale tak będzie – wcześniej czy później, wszyscy opuścimy ten świat. Jednak samo poznanie daty swojego końca jest jak cela śmierci. Przed tym nie ma już ucieczki. Jem jednak próbowała oszukać przeznaczenie, i co – udało się? Nie zdradzę, sami się przekonajcie.
Nie każdemu spodobają się „Numery” Rachel Ward – język jest raczej młodzieżowy, pełen przekleństw, a powieść wciąga z powodu wydarzeń, a nie stylu autorki. Każdy, kto jednak książkę przeczyta, zastanawiał się będzie, jak byłoby widzieć to wszystko w oczach mijanych osób – zupełnie jak Jem, i pochłonie tę książkę w zastraszającym tempie.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Wilga!

czwartek, 30 czerwca 2011

„Drżenie”; Maggie Stiefvater

 
Zimą ludzie się zmieniają”

„Drżenie” Maggie Stiefvater oczarowało mnie od samego początku piękną, ale jednocześnie tajemniczą okładką pełną zagadek i symboli, a także chwytającym za serce opisem o zimnie i o tym, co dzieje się wtedy z niektórymi ludźmi. Autorka pisała już wcześniej powieści dla dorosłych, teraz jednak wydała już drugą książkę wywodzącą się a nurtu literatury młodzieżowej. Zapewnienie z tyłu okładki, że spodoba się ona fanom „Zmierzchu” z jednej strony mnie uspokoiła, ale z drugiej strony miałam pewne obawy – te jednak rozwiały się po przeczytaniu pierwszej strony, pierwszego zdania, pierwszego słowa. I wtedy znalazłam się w Mercy Falls, miasta pełnego wilków. Utknęłam tam na dobre.
Grace w dzieciństwie zaatakowały wilki, a ona była zbyt słaba, by się bronić. Uratował ją wtedy pewien przedstawiciel tego gatunku, a jedynym, co zapamiętała z wyglądu swego wybawcy, były oczy o niesamowitej złotożółtej barwie. Od tamtego czasu minęło kilka lat, a dziewczyna prawie codziennie wyglądała przez okna albo siedziała na huśtawce zrobionej z opony, by przyglądać się „swojemu” wilkowi. Powoli przeradza się to w obsesje, jak komentują jej przyjaciółki. Czas mija, temperatura powoli zaczyna spadać. Wtedy też jeden z uczniów jej liceum zostaje zaatakowany przez zwierzęta. Kilka dni po zaginięciu Jacka myśliwi postanawiają zapolować na wilki, bojąc się o bezpieczeństwo rodzin i okolicznych dzieci. Takiego właśnie – postrzelonego, zakrwawionego i nagiego – poznaje Sama, który tej wiosny po raz ostatni przemienił się w człowieka.
Rozpoczyna się szaleńcza walka z czasem. Grace nie chce utracić „swojego” wilka, który ku jej zdziwieniu okazał się zwyczajnym mieszkańcem Mercy Falls. W Samie podczas przemiany nie zmienia się jedno – oczy. Po nich właśnie dziewczyna go poznaje i postanawia przenocować w swoim domu. Dni mijają, a oni coraz bardziej się do siebie zbliżają. Oboje nie chcą utracić siebie nawzajem, ale natury wilkołaka nie można oszukać. Z każdą upływającą chwilą razem są coraz bardziej zżyci, zakochują się w sobie; ale Sam wie, że nie można tak żyć w nieskończoność – w ciągłym ukrywaniu się w ciepłych pomieszczeniach. Grace zrobi wszystko, by go nie utracić. Czy jej się uda? Czy jednak Sam przemieni się po raz ostatni i do końca życia pozostanie wilkiem?
Wzruszająca. Niesamowita. Niespotykana. To jedne z wielu epitetów, jakimi można opisać „Drżenie”. Nie spotkałam jeszcze w żadnej książce motywu wilkołaków, którzy nie zmieniają się – tak jak w legendach – podczas pełni księżyca, tylko wtedy, gdy temperatura spada, a na zewnątrz robi się coraz zimniej. Autorka pokazała to we wspaniały sposób. Jako walkę o przetrwanie, walkę o to, by nie utracić resztek człowieczeństwa. Walkę z czymś, czego nie można pokonać – z mrozem. Sam pomysł wplecenia takich wilkołaków był świetny i oryginalny, jednak przede wszystkim zachwyciłam się wykonaniem. Maggie Stiefvater w taki sposób operowała słowami – i emocjami czytelnika – że czułam mróz, płatki śniegu albo słońce, słyszałam wycie wilków i szum liści. Cała książka była dla mnie jakby filmem – każda strona pełna była opisów uczuć i sytuacji – a ja widziałam to wszystko oczyma wyobraźni. Potrafiłam wyobrazić sobie wygląd poszczególnych wilków, las czy księgarnię, do której Sam zaprosił Grace.
Trochę zgrzytali mi co prawda rodzicie głównej bohaterki, którzy, po pierwsze: nie zauważali, że ich córka śpi w jednym łóżku z chłopakiem w swoim pokoju, po drugie: nie zwrócili uwagi na to, że nie było jej kilka nocy, że miała wypadek w lesie. Absolutnie nic. Grace mogła dla nich istnieć, ale nie obchodziła mamy-artystki i ojca pracoholika.
O okładce można wiele powiedzieć. Utrzymana jest w jasnej tonacji, z ciemniejszymi zarysami ośnieżonych koron leśnych drzew. Od razu można zauważyć wilka o złotych oczach i czerwoną parasolkę. Choć w treści nie ma ani słowa o żadnej parasolce, to sądzę, że jest jej kolor – czerwony – jest symbolem miłości pomiędzy Samem a Grace; ogólne rzecz biorą, parasolka przypominała mi trochę Czerwonego Kapturka w swojej pelerynie. W oddali stoi postać, jak mniemam główna bohaterka; wygląda to nieco sztucznie, ale nie psuje efektu. Okładka mnie wprost oczarowała.
Grace była inna od szablonowych nastolatek z książek „paranormal romance”. Praktyczna i silna, nie rumieniła się ciągle i nie spuszczała wzroku, ponadto nie peszyło ją to, że osiemnastoletni chłopak śpi z nią w jednym łóżku – chłopak, którego prawie nie znała. Nie była ofiarą losu, walczyła o „swojego” wilka do końca. Sam z kolei to kwintesencja słodkości i romantyzmu. Czytuje poezję (i ją rozumie), gra na gitarze i układa piosenki dla Grace. Rumienił się, kiedy dziewczyna miała się przebrać, w łóżku spał jak najdalej od niej. Mimo to był idealnie „wyważony”, że tak to ujmę. Nie mdliło mnie, kiedy o nim czytałam, ale wręcz zachwycałam się Samem. Był wspaniałą postacią literacką; taką, że chciałabym go spotkać.
Książkę zaczęłam czytać od razu, kiedy przyszła do mnie pocztą, i tego samego dnia ją skończyłam. Wciągnęła mnie niesamowicie. Tak bardzo, że nawet nie zauważyłam, kiedy ta prawie pięćset stronicowa wspaniała powieść się skończyła. Jej się nie czyta – ją się wręcz pochłania.
Polecam wielu osobom, ale ostrzegam - „Drżenie” czytacie na własną odpowiedzialność. Nie ponoszę odpowiedzialności za nieposprzątane pokoje czy niewyprasowane ubrania. Fani wilków, romansów, literatury młodzieżowej albo tego wszystkiego jednocześnie będą z pewnością usatysfakcjonowani.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Wilga!