Kiedy
wspominam cykl książek o Ulyssesie Moorze, pierwsze, co mi się
nasuwa na myśl, to czekanie. Czekanie całe dwa tygodnie na kolejną,
cienką, kieszonkową książeczkę z tego cyklu, ledwie połowę
jednego tomu. Nie pamiętam już, do której gazety była dołączana,
ale zawsze, za każdym razem w dzień wyjścia owego magazynu
leciałam do kiosku jak na skrzydłach. Nie tylko zresztą ja! Moja
mama nie była lepsza i nie mniej ciekawska; zawsze kłóciłyśmy
się, kto pierwszy ma książkę przeczytać. Wyszło dwanaście
„zeszytów”, a każdy był połową tomu, czyli zebrałam (a
potem oddałam do szkolnej biblioteki, kiedy kończyłam podstawówkę)
sześć tomów. Rok temu dowiedziałam się, że jest ich nie sześć,
a dwanaście. Dlatego odświeżyłam sobie serię, która jest i
będzie zawsze kojarzyła mi się z dzieciństwem.
