twórcy:
Stephen Moffat, Mark Gatiss
(aka
Stephen main-troll Moffat and Mark Godtiss)
Przepadłam
całkowicie dla Sherlocka BBC i wszelkie
próby napisania recenzji niezawierającej w trzech czwartych moich
bardzo fanowskich wynurzeń, teorii, spisków, pisków, krzyków i
wyznań miłości dla wszystkich, od aktorów, przez pisarzy i
reżyserów, po twórców i scenarzystów, spaliły na panewce.
Dlatego recenzję tę proszę traktować bardziej jak opinię
ogromnej fanki szalonego detektywa, która również tak samo jak
serialowa wersja Sherlocka nie ma zbyt równo poukładane w głowie.
Chyba wszyscy znają najsławniejszego brytyjskiego detektywa
Sherlocka Holmesa; zawsze przedstawiany w czapce uszatce i z wielką
fajką jest jednym z symboli kojarzących się z Wielką Brytanią.
Stary serial o nim przedstawiał Sherlocka dokładnie takiego, jakim
był w książkach i opowiadaniach pisanych przez sir Arthura Conana
Doyle'a. A potem przyszła moda na przekształcanie baśni na mniej
dziecinne, czasem bardziej współczesne. Nawet Sherlock się nie
uchował przed panującą modą. I chwała mu za to!
A
Moriarty wygląda genialnie w koronie.
Pierwszy
Sherlock, który oryginalnego Sherlocka przypominał jedynie w części
pojawił się w filmie o jakże niesamowitym tytule Sherlock
Holmes w reżyserii Guya Ritchiego, z Robertem Downeyem Jr w
roli tytułowego bohatera. Już wtedy Sherlock był nieco arogancki i
miał większy pazur od książkowego pierwowzoru. A potem dwóm
panom z Wielkiej Brytanii wpadł do głowy pomysł, by przenieść
detektywa do współczesnego Londynu. A nazywali się oni Moffat i
Gatiss i sprawili, że miliony ludzi na całym świecie oszalało
dla Sherlocka BBC. Tym pomysłem, tym trzyodcinkowym
mini-serialem, Stephen Moffat i Mark Gatiss zaskarbili sobie wieczną
nienawiść i miłość ze strony fanów. Zresztą, chyba bardzo
lubią fanów, bo w trzecim sezonie mamy wspaniałą personifikację
fandomu i akcje niczym z fanfiction – Sheriarty made my
day. Ale o tym w recenzji trzeciego sezonu. :)
Gwoli
ścisłości, o ile Sherlock wydaje się być
serialem detektywistycznym, to zagadki kryminalne są jedynie tłem
dla relacji głównych bohaterów. To właśnie ta delikatna, nie do
końca zrozumiała relacja łącząca weterana wojennego (i lekarza,
i blogera) Johna Watsona i dość nieludzkiego, jedynego na świecie
detektywa konsultanta Sherlocka Holmesa jest trzonem całego serialu.
Nieważni są arcywrogowie, kryminaliści czy dziwne graffiti na
ścianach, tylko ich powoli rodząca się przyjaźń zawarta w
sześciu półtoragodzinnych odcinkach. Równie ważny jest sam umysł
Sherlocka Holmesa. Pomimo współczesnego, nowoczesnego świata
pełnego google, wikipedii i baz danych, to ludzki (chociaż
określenie „ludzki” w stosunku do detektywa wydaje się być
dość nierealistyczne) umysł jest tutaj najważniejszy, wysuwa się
na prowadzenie. Komputer nie powie, żeby zaaresztować brata, jeśli
ma zieloną drabinę, a Sherlock – tak. I tym samym wsadzi winnego
do więzienia.
Pierwszy
odcinek, A Study in Pink, opowiada historię
poznania się Sherlocka i Watsona. Już od samego początku dane jest
nam poznać detektywa od jego genialnej strony. Holmes okazuje się
nie być najlepszym współlokatorem (głowy i palce w lodówce,
ogólny bałagan), ale wtedy właśnie, od sprawy pewnej różowej
pani zaczyna się wspólne rozwiązywanie zagadek kryminalnych, z
którymi nie radzi sobie policja – co nie jest żadnym
zaskoczeniem. Dla mnie ten odcinek był bardzo dobry i odpowiednio
wprowadzał w klimat całego sezonu. Zachwyciła mnie również
muzyka – utwory w tle idealnie wpasowują się do wydarzeń i
według mnie bardzo pasują do samego Sherlocka. Do dziś mam muzykę
z początku każdego odcinka ustawioną jako dzwonek w telefonie. The
Blind Banker to chyba najbardziej nijaki z odcinków obu
sezonów, ale tylko w porównaniu do całej reszty – ogólnie jest
to również dobry epizod i naprawdę ciekawie rozplanowana zagadka,
ale jest trochę, hm... Inaczej: trudno go raczej zapamiętać. Mimo
wszystko The Blind Banker opowiada o kolejnym
nietypowym morderstwie i Sherlock oczywiście gra pierwsze skrzypce w
rozwiązywaniu zagadki. Jak zawsze. Ale zawsze coś zaskakuje w
odcinku i twórcy nie dają nic monotonnego. The Great Game i
pojawienie się Jima Moriarty'ego. O ile aktor w roli arcywroga
Holmesa jest niesamowity, o tyle samego Moriarty'ego nie lubię,
bo... bo Richard Brook i Reichenbach Fall! I wygląda
cudnie w koronie. Zakończenie sezonu wbija w fotel. Dobrze, że nie
musiałam na drugi sezon czekać, tylko do razu włączyć kolejny
odcinek, bo Moffat i Gatiss chyba kochają cliffhangery.
Zaraz
po The Great Game obejrzałam więc A
Scandal in Belgravia, którego akcja zaczyna się właściwie
od momentu, w którym zakończył się pierwszy sezon. Jim Moriarty
ucichł na chwilę, by dać wejść na scenę pięknej i
niebezpiecznej Irene Adler. No, niebezpieczna była, ale czy
piękna... nie powiedziałabym. Chociaż Sherlock patrzył tam, gdzie
patrzyłby każdy facet, cóż. Ten odcinek obfitował w zaskoczenia
i w naprawdę zabawne sytuacje, szczególnie te rozgrywające się w
Pałacu Buckingham. Tylko Holmes zdolny byłby pójść tam w samym
prześcieradle. W The Hounds of Baskerville przede
wszystkich zauroczyły mnie procesy myślowe Sherlocka. Technicznie
wykonano to cudownie, a wizualnie – pałac pamięci Sherlocka po
prostu cieszy oczy. Sama zagadka tajemniczego psa jest dość...
zaskakująca i straszna. To był jeden z tych odcinków, po których
bałam się sama chodzić w ciemności. O Reichenbach
Fall się nie wypowiem. Za ten cudowny, fantastyczny
odcinek nienawidzę Moffata i Gatissa. Nienawidzę!!! Stworzyli takie
cudo, a potem kazali na rozwiązanie zagadki czekać dwa lata. Na
szczęście dla mnie nie trwało to dwa lata,
bowiem Sherlocka poznałam jakieś sześć miesięcy
przed premierą trzeciego sezonu. Jednak mimo wszystko, kazali długo
czekać.
„Honey,
you should see me in a crown.”
![]() |
Źródło |
Ponoć
Benedict Cumberbatch, czyli nasz współczesny Sherlock Holmes,
narzeka na strój noszony podczas kręcenia odcinków. Niech sobie
narzeka, ale jeśli odmówi założenia fioletowej
koszuli seksu (nazwa
własna, sherlockowy fandom pozdrawia), cudnego płaszcza i apaszki,
hordy wygłodniałych fanek zjedzą go żywcem, wiem, co mówię.
Serial ma naprawdę genialny, chociaż przerażający fandom –
czyli tak jakby zbiór fanów. Jednym z ich pomysłów jest właśnie
ochrzczenie założonej może dwa razy w obu sezonach
koszuli fioletową
koszulą seksu.
I teorie dotyczące tego, że Martin Freeman (Watson) jest tak cudny,
rozczulający i kochany, że musi być zrobiony z małych kotków. W
całości się z tym zgadzam, innej możliwości nie widzę.
Fani Sherlocka naprawdę
zaczynają przerażać, kiedy dostrzegają najmniejsze szczegóły w
serialu, szczegóły, o których wiedzieli chyba tylko Moffat i
Gatiss. A to John Watson w pierwszych scenach A
Study in Pink pijący
kawę z kubka z napisem Criterion, co jest również nazwą baru, w
którym Watson spotkał Stamforda w książce. A to mruganie Johna w
scenie nad basenem. MRUGANIE.
Obejrzałam tę scenę raz jeszcze, i wiecie co? Mieli cholerną
rację – alfabetem Morse'a poprzez mruganie przekazywana jest
wiadomość S-O-S. Niesamowita dedukcja. Mark Gatiss i Stephen Moffat
chyba musieli bardzo dobrze bawić się podczas pisania i nagrywania
serialu.
Nie
pamiętam zbyt dobrze swoich początków związanych z
książkoholizmem. Teraz wydaje mi się być niemożliwe nie patrzeć
na książki i na ich bohaterów tak jak patrzę teraz, nie szukać
ulubionej postaci w powieści. Ale chyba... chyba jednym z pierwszych
bohaterów literackich, które kochałam, był właśnie Sherlock. Od
podstawówki kocham Wielką Brytanię. Nie kochałam wtedy książek
(jeszcze), ale i tak czytałam więcej od rówieśników. I
przeczytałam Sherlocka Holmesa, pamiętam dobrze, był
to zbiór opowiadań w dość dziecinnej, rysunkowej oprawie. Wiecie
co? Już wtedy kochałam gościa – nie dość, że inteligentny, to
jeszcze Brytyjczyk i outsider. Zapomniałam trochę o tym
moim pierwszym ulubionym i żałuję,
że Zmierzch (tak, ten) i inne
paranormalne romanse wyparły ponadczasowe opowieści sir Arthura
Conana Doyle'a. Filmy i seriale przypomniały mi o tym i jestem im
dozgonnie wdzięczna za ponowne rozpalenie mojej miłości do
brytyjskich detektywów. Sherlock BBC jest genialny
i jestem przerażona tym, co robi z ludźmi, ale jest to w jakiś
sposób piękne – sprawia, że ktoś, kto nie lubi opowieści z
dawnych lat, z dziewiętnastowiecznego Londynu na przykład, pokocha
takiego naszego, współczesnego Sherlocka.
Nie
widzieliście jeszcze Sherlocka? Lećcie więc i
oglądajcie, natychmiast! Krótki serial o genialnej fabule i ze
wspaniałymi aktorami w rolach... we wszystkich rolach – to musi
każdy obejrzeć. Mało jest takich seriali, które po jakimś czasie
nie staczają się. Ze względu na niewielką liczbę odcinków i
spore przerwy między trzyodcinkowymi sezonami, Sherlock nie
stoczy się nigdy i będzie wspaniałym i najlepszym dla mnie
serialem jeszcze długo i długo.
Oh,
no i pozdrowię Was okrzykiem fandomu Sherlocka: MOOOFFAT,
YOU--!