środa, 9 lipca 2014

Cień węża | Rick Riordan

Tatuś Ozyrys chyba nie jest dumny ze swego potomstwa. Carter i Sadie Kane'owie troszkę narozrabiali. Nic wielkiego. Tylko wielki wąż, uosobienie chaosu, chce połknąć słońce i zniszczyć cały świat. W zasadzie da się go powstrzymać zaklęciem znajdującym się w pewnej księdze, której jest tylko pięć egzemplarzy na świecie. Chociaż nie... było pięć egzemplarzy. Apopis zniszczył wszystkie. Tak więc zostało kilka dni do końca świata. Nadzieja jeszcze nie umarła. A Carter i Sadie to bardzo sprytne dzieciaki, które nie chcą umrzeć w wieku kilkunastu lat.

Rick Riordan. Człowiek-doskonałość. Napisał pięciotomową serię o Percym Jacksonie, pisze ostatni tom kolejnej pięciotomowej serii o Olimpijskich Herosach, a gdzieś w międzyczasie powstała jeszcze trylogia Kroniki rodu Kane, która traktuje o egipskich bogach i która ma tylko jeden wspólny mianownik z innymi jego seriami – świetny humor. Czytałam też plotki o planach innej mitologicznej serii dotyczącej bogów skandynawskich (Thor i Loki w riordanowskiej wersji – oj, działoby się!). Napisał on tyle książek, a każda z nich jest świetna. Kolejne tomy nie pogarszają się, ba!, polepszają. Cień węża jest tego przykładem.

Przy pierwszym tomie miałam mieszane uczucia. Niby trylogia całkowicie inna, a jednak z dużą dawką charakterystycznego humoru Riordana, niby ciekawa, ale jednak czegoś mi w niej brakowało. Potem jednak było już tylko lepiej. Fabuła jest prosta: Carter i Sadie okazują się magami - zły wąż chce zjeść słońce - ratujemy świat. Ten motyw jest wałkowany w literaturze od dawna w ilościach hurtowych. Mimo to powieść Riordana wyróżnia się, nie tylko humorem, ale też pewną swobodą w pisaniu. Cała trylogia to, według autora, spisane słowa rodzeństwa Kane'ów, co widać w stylu pisania. Cień węża napisany jest lekkim, młodzieżowym językiem, który dla jednych może być zaletą, dla innych - wadą. Jeśli macie wątpliwości, dodam jeszcze, że język jest prawie identyczny jak w Percym Jacksonie.

Riordan jest tuż obok Johna Greena, jeśli chodzi o schematy: oboje wychodzą z tego skąpani w blasku chwały. O ile motyw z ratowaniem świata, chociaż znany od lat jest w stanie być w jakiś sposób oryginalny - wielki wąż zjadający słońce to nie byle co - o tyle trójkąty miłosne to jedno i to samo. I tutaj taki mamy. Sadie jest rozdarta między dwójką genialnych chłopaków. Albo umierający Walt, albo zabójczo przystojny Anubis. I wiecie, co robi Rick Riordan? Wychodzi z tego impasu. W tle rozbrzmiewają fanfary, a przed nim rozwija się czerwony dywan. I tak trójkąt pozostanie trójkątem, ale rozwiązanie sytuacji jest genialne w swojej prostocie.

Akcja płynie szybko. Łatwo wczuć się w położenie bohaterów, a chociaż narracja jest pierwszoosobowa, wydarzenia obserwujemy z perspektywy i Cartera, i Sadie. Ten zabieg sprawia, że nie można się znudzić - rodzeństwo przez większość książki jest rozdzielone i oboje przeżywają zupełnie inne, ale równie ciekawe i niebezpieczne przygody, które opisują na przemian.

Jeśli przypadł Wam do gustu Percy Jackson i boicie się, że Kroniki rodu Kane nie spodobają Wam się - nie martwcie się. To nie jest seria, w której dzieciaki okazują się synami i córkami egipskich bogów i trafiają do obozu bliźniaczo podobnego do Obozu Herosów. To zupełnie inna historia, w której jednak bardzo dobrze czuć wkład humoru i talentu Riordana, w której widać, kto jest autorem bez spoglądania na nazwisko na okładce. Cień węża jest drugim genialnym zwieńczeniem trylogii, które w tym miesiącu przeczytałam. Idealna lektura na lato, która odpręży (o ile nie kibicujecie Anubisowi  jesteście zbyt emocjonalni jak ja) i da, że tak to ujmę, radochę z czytania. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...