Sporo czasu minęło odkąd książka tak bardzo zawojowała Internet, że jej reklama była dosłownie wszędzie, a niesiedzący w rynku książkowym znajomi mówili o niej z ciekawością. Od takich książek wiele się wymaga, bo skoro tyle trudu zadaje się, by ją wypromować, musi być czymś... niesamowitym! niepowtarzalnym! oryginalnym! wciągającym! cudownym! podbijającym serca! Co tu dużo mówić: Czerwona królowa Victorii Aveyard z pewnością jest taką powieścią, zasłużenie promowaną gdzie tylko się da. I ja będę wciskała ją komu się, bo, kurczę, jest świetna! Ale wykreśliłabym niepowtarzalna i oryginalna z powyższej wyliczanki.
Nad
Mare Barrow wisi przymusowy pobór do wojska: ma prawie osiemnaście
lat, nie pracuje i nie przyucza się do zawodu, więc pozostaje jej
tylko wojsko i gasnąca nadzieja, że na froncie nie zginie zbyt
szybko. Nikogo oprócz rodziny i przyjaciela, Kilorna, nie obeszłaby
jej śmierć. Mare jest Czerwoną - zwykłym człowiekiem,
wieśniaczką, chociaż zdolną i zwinną złodziejką. Czerwoni są
tanią siłą roboczą, są nikim. To Srebrni rządzą twardą ręką
- są nadludźmi, w których żyłach płynie prawdziwie srebrna
krew, dająca im niesamowite zdolności, m.in. władzy nad ogniem,
wodą czy ludzkim ciałem.
Jedno
potknięcie Mare zaważyło całej reszcie jej życia. Przy ludziach,
przy Czerwonych i Srebrnych, okazało się, że prosta dziewuszka
włada nad elektrycznością, chociaż krew w jej żyłach z
pewnością jest czerwona. Trafia do pałacu, kontrolowana na każdym
kroku przez króla i królową, bo wiadomość o jej zdolnościach
zniszczyłaby władzę, jaką wypracowali sobie przez lata. A w tle
oczywiście rozgrywa się rewolucja o równouprawnienie - do której
Mare ochoczo dołącza pod nosem samych władz.
Victoria
Aveyard poprzez Mare Barrow wprowadza gładko do stworzonego przez
nią państwa, w którym zasady są banalnie proste: jeśli masz
czerwoną krew, jesteś w zasadzie niewolnikiem. Miłe było to, że
państwo to nie uznaje się za utopijne, ba!, trzy czwarte
społeczeństwa - Czerwoni - otwarcie gardzi panującym monarszym
ustrojem, jednak to król decyduje o wszystkim, nawet nie patrząc na
swoich poddanych z krwią inną niż srebrna. I on nawet raz nie
wspomina o tym, że jego państwo jest idealne - siedzi na tronie i
ma wszystko, czego chce, więc po co to niszczyć? To właśnie
sprawia, że trudno powiedzieć o Czerwonej królowej jako
antyutopii - bo nikt nie sądzi, że państwo, w którym rozgrywa się
akcja, jest utopijne nawet przez chwilę.
W tego
typu powieściach nie może zabraknąć wyrazistych, silnych
charakterów, które są motorem napędzającym fabułę. Mare Barrow
wpasowuje się w archetyp walecznej rebeliantki. Bez trudu można
postawić ją w jednym rzędzie z Katniss Everdeen czy Tris Prior.
Jednak Mare w swojej prostocie i z uroczo sarkastycznymi komentarzami
budzi ogromną sympatię w czytelniku przez cały czas, co w przypadku innych wymienionych dziewczyn nie zawsze miało miejsce.
Cóż, nie mogłoby być inaczej, skoro nie rozstajemy się z nią
ani na sekundę - to ona pokazuje nam nieidealny świat, w którym
przyszło jej żyć. Mamy też całą gamę innych postaci: od
przyjaciela z dzieciństwa, Kilorna, czy przywódczyni rebeliantów
Farley (choć pojawia się rzadko, strasznie polubiłam jej charakter
- taki szorstki i władczy), przez mnóstwo władających różnymi
mocami Srebrnych poznanych w pałacu, jak przerażająca królowa
Elara czy mściwa przyszła królowa, Evangeline, po dwie równie
ważne co Mare postaci: księcia Cala i księcia Mavena.
Czerwona
królowa, choć bardzo wciągająca, napisana z polotem i lekkim
piórem, ze świetnie skonstruowanym światem i fabułą, która aż
się prosi o kolejne części, nie jest oryginalna czy
niepowtarzalna, bo schemat rewolucji znany jest od dawna, od kiedy
powstaje coraz więcej i więcej antyutopii (w Czerwonej
królowej przynajmniej nikt nie uznaje tamtejszego ustroju
za idealny i utopijny), a sama fabuła łudząco przypominała mi
moją ukochaną trylogię Leigh Bardugo. Tam również biedna,
zwyczajna dziewczyna w wyniku splotu wypadków okazuje się posiadać
moc taką, jak inni Grishowie (prawie jak Srebrni) i trafia do
pałacu. Z tym że w Cieniu i kości przez większość
fabuły brakowało jednak niebezpieczeństwa wiszącego nad główną
bohaterką, a Mare Barrow ma przechlapane od samego początku.
Czerwona
królowa wydaje mi się zszyta z kilku różnych książek,
od Igrzysk śmierci, przez Trylogię Grisha,
po nawet Czas żniw Samathy Shannon z powodu osób,
które posiadają różne niesamowite moce i mają na siebie dziwne
nazwy. Jednak w dobie wydawania tylu powieści jednego gatunku,
trudno o brak podobieństw. Mimo to Czerwona królowa jest cudowną
książką, w której historię bardzo łatwo się wciągnąć i
zapomnieć o całym Bożym świecie na te kilka godzin, kiedy
pochłaniamy fabułę z narastającym tempem.
Nie
sposób zaprzeczyć, że Czerwona królowa Victorii
Aveyard podbiła serca wielu czytelników, w tym i moje. Napisana
lekko i przystępnie, z czarującymi głównymi bohaterami i zwrotami
akcji, których nie powstydziłyby się dobre thrillery, z pewnością
spełnia swoje zadanie - jest świetną rozrywką, dobrą powieścią
na miarę Igrzysk śmierci. Czytając, bawiłam się
przednio i wczułam się w ten nieidealny monarszy świat, który
przedstawia Aveyard z niezwykłymi szczegółami, nie skąpiąc nam
skrajnie różnych opisów obskurnych miast Czerwonych i pełnych
przepychu pałaców Srebrnych.
Nie
pozostaje Wam już nic innego, jak iść i poznać historię Mare
Barrow. Bo warto.