Premiera powieści Kass Morgan, której nie przeczytałam i po krążących opiniach nie żałuję tego, zmusiła mnie do obejrzenia przynajmniej pilotażowego odcinka wychwalanego przez wszystkich wokół mnie (a przez DelMę w szczególności) serialu The 100. One nawet nie wiedzą, co mi zrobiły... wyłączyły mnie z życia do czasu obejrzenia wszystkich dostępnych odcinków!
Na
Arce kończy się tlen. Z pewnością nie starczy go dłużej niż na
kilka miesięcy, zwłaszcza, że ludzi na Arce jest ponad dwa
tysiące. Próbując ratować rodzaj ludzki, Rada podejmuje trudną
decyzję o wysłaniu setki nastoletnich więźniów na Ziemię, by
sprawdzili, czy nadaje się ona do życia.
Nastolatki,
czując wolność, nie będąc ograniczanym przez prawa Arki,
rodziców czy więziennych strażników, są zadowoleni z takiego
obrotu spraw do czasu... do czasu aż pierwszy z nich ginie. I rozpoczyna się walka o przetrwanie: bowiem na Ziemi urzędują nie
tylko oni. A ci drudzy nie są zbyt przyjaźnie nastawieni do
intruzów.
Tym,
co bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie w The 100 - i
nie z powodu tego, że pewną postać obdarzyłam ogromnym
uwielbieniem, wcale - była ewolucja. Nie mam na myśli oczywiście
ewolucji postapokaliptycznej planety, na której promieniowanie
sprawia, że sarenki mają dwie głowy, a motylki i kwiatki ładnie
świecą, ale o ewolucję postaci, taką, której nie spodziewałabym
się w raczej rozrywkowym serialu.
Postać
ta, której imienia nie ujawnię (to jednak nie Voldemort,
spokojnie), by niepotrzebnie nie zdradzać zakrętów fabularnych, na
przestrzeni dwóch sezonów zmieniła się diamteralnie i, co
najważniejsze, nie jak za pstryknięciem przełącznika przeszła z
trybu jestem-tak-zły-że-gdyby-na-Arce-były-kotki-topiłbym-je do
kogoś o wiele bardziej złożonego, kto stara się żyć ze swoimi
błędami i nie popełniać ich po raz kolejny. Ale też niejedna
postać taką metamorfozę przechodzi - już w pierwszym sezonie
Bellamy, częściowo Clarke, Octavia zmieniają się próbując
przetrwać na niebezpiecznym terenie. Osobiście uwielbiam obserwować
powolną, stopniową ewolucję charakterów, a The 100 całkowicie zaspokoiło mój głód.
Oczywiście
w momencie, w którym okazuje się, że wysłanymi na Ziemię osobami
jest setka nastolatków, która siedziała w więzieniu - czyli jakoś
w pierwszych minutach pierwszego odcinka - pierwszą moja myślą
było coś o tym, że pozabijają się jak na jakiś igrzyskach
śmierci. Drugą, że serial może być niekończącą się operą
mydlaną pełną zdrad i kolejnych związków. Na szczęście,
chociaż romans rzecz jasna stale obecny jest w fabule, stanowi
raczej dodatek i przemyka w tle, rzadko pojawiając się na pierwszym
planie. I to było dobrze zrealizowane. I wilk syty, i owca cała -
bo jednak młodzież buzująca hormonami oznacza rzucanie się na
siebie w podziemnych bunkrach, a nie spokojne siedzenie w nocy i rozmawianie o tym, jak przetrwać. Akcja zaś nie kręci się wokół
tego wątku, bo są inne, ważniejsze rzeczy: jak przykładowo
problemy na Arce czy problemy na Ziemi z... Ziemianami.
Właśnie
- obserwujemy raz Arkę, raz nastolatków pozostawionych samych sobie
w lesie pełnym niezbyt przyjaznych dzikusów. Nie dość, że zabieg
urozmaica cały serial, to dodatkowo w obu tych miejscach dzieją się
rzeczy... po prostu strasznie interesujące. Tak, że trzeba oglądać
dalej i dalej. I po każdej zmianie kosmos-Ziemia z jednej strony
cieszyłam się, że dowiem się co dalej u setki kryminalistów, z drugiej - chciałam już wiedzieć, co dorośli na Arce znowuż
wykombinują.
The
100 to nie serial sci-fi, i rozpoczynając seans należy
mieć to na uwadze. Sci-fi kończy się tutaj na statku w kosmosie;
brak mi nazwy na ten typ fabuły, z pewnością postapokaliptyczny,
ale traktujący o przetrwaniu na nieznanym terenie. Survival -
takie określenie na serial chyba nie istnieje, to angielskie słówko
jednak najlepiej opisuje, o czym The 100 jest. A i w
drugim sezonie tego potencjalnego sci-fi jest jeszcze mnie. Dużo,
dużo mniej.
Ile
już było postapokaliptycznych seriali i filmów - o tym, jak ludzie
po wojnie/katastrofie naturalnej/wybuchu bomby atomowej tworzą nowe
państwa bądź ich namiastki i starają się przeżyć w miejskiej
dżungli szarych ruin, na którymi obowiązkowo unosi się brudny
pył, jakby wojna skończyła się dopiero co, a ruiny jeszcze nie
ostygły. Tymczasem The 100 prezentuje coś zupełnie innego:
historię prostą, ale nietypową. Trzy pokolenia po wyniszczającej
wojnie Ziemia stała się na powrót dzika i zielona. Tam właśnie
trafia setka więźniów - w sam środek dzikiej dżungli, z
trującymi roślinami i groźnymi, głodnymi mięsożercami.
Nie
spodziewałam się, że The 100 tak bardzo mnie
wciągnie, nie pozwoli spać po nocach i zmusi do oglądania odcinka
po odcinku, a potem paniki, bo przecież został już tylko finał i
trzeba będzie czekać do jesieni na kolejny sezon, i jak z tym
wszystkim niby mam przeżyć...?! Po prostu pochłaniałam epizod za
epizodem, tracąc całkowicie poczucie czasu i zatracając się w
tamtym świecie - takim ciekawym i niebezpiecznym, pełnym
zaskakujących elementów, które okazują się jeszcze bardziej
zaskakujące. Ryczałam jak dzieciak, bo jak wspominałam, to miał
być całkiem rozrywkowy serial i nie spodziewałam się scen tak
poruszających, jakie zaserwowali twórcy serialu. Ostatnim razem tak
się zachłysnęłam łzami oglądając Jak wytresować smoka
2 - wtedy też nie spodziewałam się tego, co się stanie,
a potem woda z oczu tryskała i tryskała...
The 100 to świetnie zrealizowany, ciekawy serial z feerią bohaterów. Pełen trudnych wyborów i decyzji, trzymającej w napięciu akcji i po prostu dający ogromną przyjemność ze śledzenia zaplatanych losów Ludzi Nieba, którzy nagle powrócili na należącą niegdyś do nich planetę. Dla mnie to zupełnie nowe spojrzenie na postapokaliptyczne klimaty - brak tutaj szarych ruin miast i powojennego pobojowiska, za to mnóstwo przyrody. Pięknej i niebezpiecznej.