Hey
there Delilah
What's
it like in New York City
I'm
a thousand miles away
But
girl tonight you looks so pretty
Yes
you do
Time
Square can't shine as bright as you
I
swear it's true
Hey
there Delilah Plain White T's
Jestem
osobą, która nie jest w stanie przeżyć bez muzyki. Przeżyć...
może jednak przeżyłabym, ale jakie by to było życie bez melodii
płynących w słuchawkach najczęściej z telefonu komórkowego, z
którym się nigdy nie rozstaję? To właśnie sprawiało, że
do PLAY ciągnęło
mnie odkąd tylko usłyszałam o premierze. Książek traktujących o
muzyce w taki właśnie sposób jest niewiele, ciężkim zadaniem
jest opisać np. koncerty jedynie na papierze – to trzeba poczuć,
tego trzeba posłuchać, tam trzeba być i czuć aż we wnętrzu
wibracje muzyki. Przeniesienie tego klimatu do książki było nie
lada wyzwaniem. Jednak jednocześnie byłam pełna obaw, bo powieści
o zwyczajnych nastolatkach bez szczypty magii czy obyczajowe, nie
trafiają w mój gust i staram się ich wystrzegać. A PLAY właśnie
wydawało się – i jest – taką powieścią, które dotychczas
omijałam szerokim łukiem: historią dwójki zwyczajnych, chociaż
utalentowanych nastolatków, o ich drodze do sławy, wzlotach i
upadkach, o romansie oczami chłopaka... Krótko mówiąc: PLAY to
wszystko, czego starałam się unikać w czytanych przeze mnie
książkach. Jedynie ten motyw muzyki przyciągał mnie.
Ale
przeczytałam. I wiecie co? Cholernie dobrze zrobiłam.
Aarón
jest młodszym z braci, tym bardziej rozgarniętym i spokojniejszym.
Leo, starszy, powraca ze swojej wyprawy do Stanów Zjednoczonych w
pogoni za sławą niczym syn marnotrawny. Cała rodzina cieszy się z
jego powrotu. Aarón również, o ile okazuje to poprzez uderzenie
pięścią prosto w nos Leo... Nos ma się jednak dobrze, a chłopak
nie przestaje marzyć o sławie, Broadwayu i czerwonym dywanie, tylko
że podbić świat jednocześnie nie oddalając się zbytnio od domu
można w jeden sposób – YouTube. A na YouTubie króluje muzyka,
covery i własne kawałki, amatorskie teledyski; ludzie tacy jak Sam
Tsui, Chrissy Costanzza czy Kurt Schneider wybili się właśnie tam.
Kiedy Leo odkrywa na komputerze utwory skomponowane przez Aaróna,
wpada na pewien genialny przekręt... Oboje mogą na tym skorzystać:
Leo będzie sławny, a Aarón spotka się ze swoją ukochaną Dalilą,
która wyjechała do Ameryki kręcić film, i da światu do
wysłuchania swoje kompozycje. Jednak rzeczywistość nie jest taka
różowa i praca gwiazdy jest trudniejsza niż Leo sądził.
Muzyka
jest integralną częścią tej powieści. Każdy rozdział, raz
pisany z perspektywy Aaróna, raz z perspektywy Leo, rozpoczyna się
krótkim cytatem z piosenki. Na korzyść przemawiał fakt, iż
utwory te były mi albo w większości znane i lubiane, albo
nieznane, ale szybko polubione. Nie wszystkie przypadły mi do gustu,
ale przykładowo takie Hey there Delilah Plain White
T's szybko pokochałam i od kilku dni namiętnie nucę. Słuchanie
tych wymienionych na początku rozdziałów piosenek dodaje
niezwykłego klimatu PLAY. Javier Ruescas zręcznie
oplótł fabułę wokół jednej piosenki – Hey there
Delilah właśnie – i jednocześnie stworzył książkę o
muzyce, co było według mnie wyzwaniem. Muzyki słuchamy, innego
wyjścia nie ma; oczami słuchać się nie da, na papierze również
nie da się wysłuchać piosenek, a mimo to PLAY zostało
napisane w taki sposób, że czuć tą muzykę, czuć ten klimat.
Jednak to nie jest jedynie powieść o dwóch braciach, którzy chcą
przez YouTube podbić świat. Książka przedstawia również ten
okropny, pełen zawiści świat showbiznesu, gdzie jedno złe słowo
może cię przekreślić na wieki.
Do
showbiznesu trafiają Leo i Aarón, a wszystko to dla sławy i
kobiet. To znaczy, Leo chce sławy, a Aarón swojej ukochanej, która
wyjechała do Stanów Zjednoczonych kręcić film. Oboje mają talent
– pierwszy z nich jest dobrym aktorem, a przynajmniej dobrze udaje,
że śpiewa, a drugi, młodszy, jest genialnym kompozytorem. Jego
piosenki i ładna buźka Leo podbiły Internet. Historia początkowo
brzmi jak z musicalu dla nastolatek, mamy dwoje chłopców, braci,
jeden z jakiegoś powodu nie chce występować, ale umie śpiewać,
drugi odwrotnie. Był taki film nawet na Disney Channel, oglądałam
kiedyś – tylko że głównym nurtem muzycznym był tam rap. Ten
pomysł nie jest w ogóle oryginalny, z pewnością wiele jest tego
typu motywów w filmach, nieco mniej w literaturze. Pod tym względem
książka nie wyróżnia się. Nadrabia za to sobie przyjemnym stylem
Javiera Ruescasa, który nie jest, jakby się wydawało, tak prosty
jak w większości młodzieżowych powieści; język jest dość
bogaty, a narracja pierwszoosobowa poprowadzona nienagannie, chociaż
nie widać wyraźnej różnicy między historią prowadzoną z
perspektywy Leo, a z perspektywy Aaróna. Często myliłam się,
który z braci opowiada w danym momencie. No i jak na facetów,
bracia pięknie mówią o miłości. A przynajmniej Aarón. To ten
niższy i fajniejszy, pamiętajcie!
PLAY jest
miłe. Tak, dokładnie takie określenie najbardziej pasuje do tej
książki – to nie jest literatura wysokich lotów. Trudno
oczekiwać głębokich refleksji i zmiany światopoglądu przez
książkę napisaną dla rozrywki, a tej dostarcza akurat wiele.
Sposób napisania PLAY sprawia, że bez trudu można
zżyć się z bohaterami i razem z nimi przeżywać całą historię.
I chociaż nie można uznać powieści za fenomenalną, to mimo
wszystko jedna z lepszych i dokładnie przemyślanych historii o,
jakby nie patrzeć, miłości. Można uznać, że romans jest jedynie
wątkiem drugoplanowym, ale bez niego nie zaistniałaby ta opowieść.
Ponadto opisanie takiej historii przez dwójkę facetów –
oryginalny pomysł, nieczęsto spotykam się z takimi książki.
Oceniam PLAY bardzo dobrze i z pewnością sięgnę
po kontynuację. Nie sądziłam, że mnie, zawziętej zwolenniczce
wszystkiego, co fantastyczne i nieprzepadającej za niemagicznymi
historiami, tak bardzo się spodoba.
Za
muzyczną przygodę dziękuję wydawnictwu Jaguar! :)