
Posiadanie pasji to coś, co nadaje życiu głębszy sens, co zajmuje czas wolny i sprawia ogromną przyjemność. Coś, o czym można mówić godzinami i się nie znudzić, a nawet nie zacząć jeszcze rozkręcać! Alexis, bohaterka powieści Katie Alender Złe dziewczyny nie umierają, kocha fotografię; posiada swoją ciemnię i za kieszonkowe kupuje drogi papier fotograficzny. Wymyka się z domu, by swoim wysłużonym aparatem robić kolejne artystyczne zdjęcia.
Jej
młodsza siostra z kolei zbiera lalki – przerażające hobby,
nieprawdaż? Po wejściu do pokoju Kasey w zabytkowej, starej
rezydencji rzucają się w oczy tuziny lalek poupychanych na każdej
możliwej powierzchni płaskiej. Ich małe, lśniące oczka śledzą
każdy ruch. I to właśnie lalka jest zapalnikiem całej fabuły,
początkiem przerażających wydarzeń, które mają dopiero
nadejść...
Morderstwa,
wnętrzności na wierzchu, litry krwi i szalony zabójca sukcesywnie
zabijający kolejne ofiary – tego typu horrory nie robią na mnie
żadnego wrażenia, na takie widoki i opisy jestem całkowicie
odporna. Co innego jednak, gdy na scenę wkraczają moce
nadprzyrodzone: duchy, zjawy, widma, widziadła, zła energia... To
wywołuje we mnie niepokój. Dotychczas czytając bałam się jedynie
przy lekturze powieści Stephena Kinga, nie bez powodu nazywanego
Mistrzem Grozy; jeśli jednak jest coś, co może wywołać u mnie
dreszcze, są to zdecydowanie zjawiska nadprzyrodzone.
Pomimo
tego, co napisałam akapit wyżej, Złe dziewczyny nie umierają
nie jest tak straszną powieścią, jak się może wydawać, choć
dreszczyk niepokoju był obecny podczas lektury. Czytywałam
straszniejsze i bardziej poruszające wyobraźnię horrory, a książka
Katie Alender, przeznaczona de facto dla młodzieży, całkiem
dobrze nadaje się na wprowadzenie w świat powieści grozy dla
kogoś, kto boi się skoczyć na głęboką wodę przy swoim
pierwszym podejściu do horroru.
Katie
Alender wprowadza nas w świat opętań i złej energii, budując
klimat niczym z filmowych horrorów pokroju Obecności czy
Anabelle: mroczne, stare budynki z krwawą, brutalną
historią, o której się nie mówi, niepokojące zdarzenia w
rzeczonym domu i dziwne zachowanie młodszej siostry sprawiają, że
serce może szybciej zabić, a gęsia skórka pojawić na ramionach.
Jednak
nie tylko ten świat przybliża nam autorka – poznajemy również
problemy, z jakimi boryka się nasza narratorka, Alexis; buntowniczy
piętnastoletni umysł prawie na równi stawia opętanie, do jakiego
dochodzi w jej domu, z problemami szkolnymi i miłosnymi, jedynie
nieznacznie przeważają te pierwsze.
Złe
dziewczyny nie umierają
Katie Alender nazwałabym horrorem w wersji light, młodzieżową
odmianą tego mrożącego krew w żyłach gatunku, przyjemnym i lekko
napisanym, sprawiającym, że traci się poczucie czasu. Może nie
przeraża tak bardzo jak normalny, pełnowymiarowy horror, a autorka
nie kładzie nacisku na wątek opętania młodszej siostry, jednak
lekturze towarzyszą dreszcze i nieustanne powtarzanie sobie, że to
skrzypienie podłogi za drzwiami jest jedynie wytworem naszej
wyobraźni.
Recenzja we współpracy z wydawnictwem Feeria.