poniedziałek, 19 grudnia 2011

„Czerwień rubinu”; Kerstin Gier

Rubin to początek, lecz i zakończenie”

Nieliczni ludzie na świecie posiadają gen podróży w czasie – dokładniej, dwanaście osób, których daty urodzenia dokładnie wyliczył sam Isaac Newton. Niektórzy już zmarli, niektórzy nadal żyją i działają w organizacji Strażników. By poznać tajemnicę – czego dotyczącą, nie wie nikt – krew całej dwunastki musi znaleźć się w chronografie. Lecz dwójka podróżników w czasie skradła jedno z dwóch urządzeń, więc by to drugie zadziałało, zbieranie krwi trzeba przeprowadzić od nowa. Sęk w tym, że nie poznano jeszcze ostatniego z dwunastki.
Charlotte od dziecka była uczona języków, manier i fechtunku, by w przyszłości poradzić sobie z podróżami w czasie. Nikt nie spodziewał się, że to jej kuzynka Gwendolyn Sheperd posiada gen zamiast niej. Rodzina jest zszokowana, kiedy mama Gwen oświadcza to wszystkim w kwaterze głównej Strażników. Wkrótce dziewczyna przenosi się ponownie na oczach członków i wtedy wszyscy zyskują pewność, że mają do czynienia z ostatnim, brakującym podróżnikiem – rubinem. Co się stanie, kiedy Gwen zacznie wątpić w Strażników? Kiedy podzieli zdanie uciekinierki Lucy – że tej tajemnicy lepiej nie poznawać?
I co, jeśli Gideon, podróżnik pomagający Gwen (choć jest chamski i arogancki, a na dodatek zabójczo przystojny), wierzy całym sercem w dobre zamiary Strażników, zaczyna... zakochiwać się w dziewczynie? Dla niej to niemożliwe – ale romans będzie na pewno, uwierzcie mi! ;)
Od przeczytania informacji o premierze „Czerwieni rubinu” tylko czekałam na okazję, by tę pozycję nabyć jak najszybciej. Cóż, może „najszybciej” się nie udało, ale dzieło Kerstin Gier mam już za sobą, a szkoda – chciałabym cofnąć czas i poznać losy Gwen od nowa, a szczególnie ponownie zaskoczyć się zakończeniem, które wbiło mnie w fotel. Niesamowite, jak bujną wyobraźnię ma autorka i z jaką pomysłowością rzuca bohaterom kłody pod nogi.
Dużo pisano o „Czerwieni rubinu”, głównie same pozytywne opinie. Nie sposób się z nimi nie zgodzić, gdyż po przeczytaniu chce się więcej, jeszcze więcej przygód Gwen i – oczywiście – Gideona, który w tej części nie pojawiał się aż tak często. Fabuła skupia się na przeżyciach głównej bohaterki i jej podróżach w czasie, które są naprawdę wciągające. Szczególnie, kiedy dziewczyna zabiera ze sobą telefon ukryty w gorsecie, a potem prezentuje go osobom z poprzedniego wieku :). W zasadzie akcja kręci się wokół kilku podróży w czasie, w ciągu których Gwen może zmienić swoje nastawienie do Strażników. Mimo że prolog ewidentnie wskazywał na romans – kto by nie chciał ślubu na Titanicu? – to właściwie poza rozmowami z duchem i Gideonem Gwendolyn nie ma kontaktu z płcią przeciwną. I za to kocham „Czerwień rubinu”! Romans jest – ale tak naprawdę to jeszcze go nie ma! :)
Kerstin Gier ciekawie przedstawiła podróżników – jako kamienie szlachetne. Ponadto nie mogli oni podróżować ot tak sobie, ale by przenieść się do danej epoki, trzeba było użyć chronografu. Podobało mi się to spojrzenie na przeskoki w czasoprzestrzeni. Było przede wszystkim wiarygodne, zwłaszcza fakt, że podróżnicy nie mogą znaleźć się w dowolnym miejscu w przeszłości, ale w tym, w którym akurat się znajdują. Na przykład stojąc w Hyde Parku w Londynie, nie można nagle cofnąć się do piętnastowiecznej Francji. Tylko do piętnastowiecznego Hyde Parku w Londynie – o ile oczywiście wtedy istniał :).
Wydanie jest bardzo staranne, nie doszukałam się błędów (trudno było je zauważyć, kiedy w myślach ciągle się powtarzało: „No dalej, Gwen, daj popalić Gideonowi!”). Całkowicie zauroczyła mnie okładka, nad którą mogę wzdychać, gładzić ją i gapić się na nią bez końca. Strzałem w dziesiątkę było też umieszczenie przed rozdziałem różnych... dodatków, typu: drzewo genealogiczne, fragment Kronik Strażników albo pewien tajemniczy wiersz, który w kółko sobie powtarzałam, tak bardzo mi się spodobał.
Podobało mi się. Historia Gwen wciągnęła mnie na dobre, aczkolwiek jestem zawiedziona, że właściwie niewiele się działo. Albo że było to tak krótko opisane. Książka jest dość cienka, zdecydowanie za cienka, i mam nadzieję, że kontynuacja – „Błękit szafiru” – będzie dłuższa. Patrząc na tytuł, pewnie będzie mówiła o kolejnym podróżniku, czyli szafirze. „Czerwień rubinu” polecam przede wszystkim jako lekką i naprawdę wciągającą lekturę na mroźne, zimowe wieczory. Gwarantuję, nie zawiedziecie się!

4 komentarze:

  1. Książka jest jedną z lepszych jakie czytałam. Polecam, podobnie jak Ty:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam "Czerwień...", ale i tak "Błękit..." lepszy xD
    PS: Dostałaś maila? ;p

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam, ale muszę to nadrobić!

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, chyba się zawiedziesz, bowiem "Błękit..." również jest o Gwen, ale mimo wszystko uważam, że jest obłędny!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...